Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Lalki i Aktora "Kubuś". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Lalki i Aktora "Kubuś". Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 lipca 2016

Sens życia według Gęsi („A niech to gęś kopnie”, „W butach. Kot w butach”)

Agnieszka Kozłowska-Piasta
("Projektor" - 2/2016)
Fot. Bartek Warzecha
Po co się żyje? Czy to, co nam się przytrafia naprawdę ma sens? Czy można zrezygnować z siebie i swojej przyszłości? Takie pytania zadają sobie z pewnością – przynajmniej od czasu do czasu – wszyscy dorośli. Czy da się o tym ciekawie opowiedzieć dzieciom? To niełatwe zadanie postawiła sobie królowa polskiej dramaturgii dziecięcej Marta Guśniowska, tworząc „A niech to gęś kopnie”. Historia przypadła do gustu dyrektorowi Robertowi Drobniuchowi, który przeniósł opowieść na deski sceny teatru „Kubuś”.

Główną bohaterką, a raczej antybohaterką opowieści jest zniechęcona do życia, świata i własnej poetyckiej twórczości Gęś. Niezrozumiana przez kurzą resztę podwórka, pogrążona w samotności i czarnej rozpaczy, postanawia skończyć swój marny żywot i ofiarować się Lisowi na kolację. Ten – jak to u Guśniowskiej bywa – działa wbrew baśniowym i przyrodniczym schematom i Gęsi odmawia. Ta nie rezygnuje – gdy Lis zamyka jest drzwi, wchodzi oknem, a właściwie lodówką. Rudzielec, aby pozbyć się niechcianej towarzyszki, nie zostawia jej bez pomocy – razem z nią wędruje do Wilka, który podobno ochoczo zgadza się na takie propozycje, nawet wtedy, gdy kolacja zapowiada się chudo i żylasto.

Tekst skrzy się dowcipami i żartami, Guśniowska żongluje stereotypami, dowolnie je zmieniając i przekształcając. W tej wyjątkowo karkołomnej konwencji – w końcu mówimy o dowcipnej historii o depresji – doskonale sprawdzają się wszyscy aktorzy. Agata Sobota stworzyła kreację niezwykle dramatycznej w gestach, damulkowatej, ale upartej i odważnej Gęsi. Partneruje jej pocieszny, sympatyczny, trochę mało sprytny Lis Michała Olszewskiego. Niedźwiedź (Andrzej Kuba Sielski) jest elegantem popijającym herbatkę, Narrator (Błażej Twarowski) agresywnym „dziennikarzyną” szukającym na siłę sensacji, a Wydra (Beata Orłowska) ma w kontrakcie straszenie pasażerów, których przewozi na drugą stronę rzeki.

Co prawda nie wszystkie błyskotliwe dialogi są czytelne dla małych widzów, ale i oni nie nudzą się na spektaklu. Wszystko za sprawą dobrej, bogatej, niezwykle pomysłowej inscenizacji. Każda część spektaklu rozgrywana jest w innej konwencji teatralnej. Mamy więc teatr cieni, duże, małe średnie, wypukłe i płaskie lalki, mamy postaci zbudowane z kilku części, wielkie plansze pozwalające na dowolne przekładanie namagnesowanych części bohaterów oraz rekwizytów. Dekoracje zmieniają się błyskawicznie, podsycając zainteresowanie i ciekawość dziecięcej widowni. Autorką tej wyjątkowej scenografii jest Katarzyna Pielużek. Atmosferę podgrzewa także muzyka Sambora Dudzińskiego, doskonale komponująca się ze stroną plastyczną i dynamiką spektaklu.

„A niech to gęś kopnie” to sprawnie napisana i zrealizowana opowieść, która można polecić i małym i dużym. Ci pierwsi zachwycą się dynamiką, stroną plastyczną i muzyczną. Dorosłym przypomni, że sensu życia nie da się pożyczyć, trzeba odnaleźć go samodzielnie, a na dodatek czasami dzieje się to przez czysty przypadek.

Koci PR

Co zrobić, gdy zostaje się prawie pominiętym w spadku? Jak zdobyć szczęście i ustawić się w życiu? Zwykle bajki i baśnie pokazują szlachetnych, uczciwych bohaterów, którzy swoją odwagą i pracowitością „zarabiają” na nagrodę. Charles Perrault w klasycznej baśni pokazuje, że cel da się osiągnąć inaczej. Wystarczy ekstrawagancki i gadający kot, który na dodatek chodzi w butach i jego spryt, skłonność do konfabulacji oraz umiłowanie do oszustw. 

Tę właśnie – niejednoznaczną edukacyjnie – baśń o kocie w butach wystawił na deskach teatru „Kubuś” Piotr Ziniewicz. Reżyser i autor tekstu ubrał opowieść we współczesny kostium – aktorzy mówią zgrabnym, rymowanym napisanym przez Ziniewicza tekstem, a miejscem akcji jest śmietnisko jakiejś metropolii, a nie baśniowa kraina. Kotu daleko do bajkowego zwierzątka w czerwonych butach z cholewkami. Jest przystojnym, postawnym elegancikiem w garniturze w panterkę, skrywającym gołą klatę i przypomina agenta służb specjalnych 007 Jamesa Bonda. Co prawda na nogach ma zużyte trampki swojego pana Janka, ale kto dostrzeże takie szczegóły, zauroczony kocią pewnością siebie i wrodzonym czarem. Na dodatek tak wspaniale dba o wizerunek swojego właściciela. Grający tę rolę Zdzisław Reczyński doskonale oddał charakter i postawę tego agenturalnego kocura.

Nic dziwnego, że kot jest taki, skoro musi umieć poruszać się w miejskiej dżungli, w której dostępu do króla (Andrzej Skorodzień), obwieszonego symbolami cwaniactwa i tandety, czyli złotymi łańcuchami, bronią agenci ochrony w czarnych okularach i garniturach (Ewa Lubacz i Jolanta Kęćko). Gdzie królowa mdleje lub je zbyt dużo (Małgorzata Oracz), a jej córka, królewna Klaudynka (Magdalena Daniel) nie rozstaje się ze smartfonem i robi selfie w każdych okolicznościach, podkreślając przy okazji swą ważną pozycję na portalach społecznościowych. Gdzie ucztę robi się przy grillu, zamiast karocą podróżuje się samochodem, zboże kosi nie kosą, a ogrodowymi kosiarkami do trawy. W takim środowisku zwykły kot z bajki nie dałby rady.

Na przeciwległym biegunie do tego pustego, tandetnego, plastikowego świata pozostaje właściciel kota Janek (Błażej Twarowski). Szlachetny i niezaradny, aż do bólu, czeka gdzieś pomiędzy miejskimi śmietnikami, aż kot zrealizuje swój plan. Nie ma nic do powiedzenia i nie potrafi o siebie zadbać. Nawet złowioną przez kota rybę kradnie mu okrutny i przerażający Czarnoksiężnik. Gdy koci agent doprowadza plan do końca nawet wtedy Janek nie potrafi głośno zaprotestować, że metody zdobycia bogactwa, ręki królewny i zachwytu króla są nie do końca uczciwe. Zostaje zakrzyczany, poddaje się jak zwykle, bez walki i płynie na fali zrobionego przez kota solidnego PR-u. 

„W butach. Kot w butach” ma niewątpliwe walory inscenizacyjne. Spektakl toczy się wartko, akcja wzbudza zachwyt dziecięcej widowni dodatkowo wciąganej do tańców, udziału w plebiscycie na popularność mleka, pomocy w złapaniu kuropatwy – prezentu dla króla. Bondowskie klimaty doskonale podkreśla także muzyka skomponowana przez Sebastiana Kalińskiego, który zręcznie wplótł w linię melodyczną fragmenty największych przebojów z filmów o agencie 007.

Wątpliwości budzi jednak przesłanie opowieści. Co prawda kot rozprawił się ze złym czarownikiem, który terroryzował okolicę, ale zrobił to jakby mimochodem, tylko po to, aby osiągnąć zakładany przez siebie cel – zdobyć zamek dla swojego pana. Co prawda Janek protestuje przeciwko kocim krętactwom, ale niezbyt energicznie. Na dodatek agentki przekonują dziecięcą publiczność, że przecież dzięki kłamstwom kota stało się wiele dobrego. Czy „W butach. Kot w butach” to pochwała oszustw i nieuczciwości? A może próba pokazania, że współczesne bycie na świeczniku nie może się bez nich obejść? Obawiam się jednak, że młodym widzom będzie trudno go odczytać. Przecież często to właśnie dla nich „bycie znanym i bogatym” jest jednym z najskrytszych marzeń, bo tak trudno odróżnić im prawdziwą wartość i zalety od celebryckiego blichtru. Na szczęście mroki kociego PR mogą pomóc rozjaśnić rodzice. Ale tylko pod warunkiem, że sami nie popierają panoszącego się współcześnie cwaniactwa.

Rybak, Cyncynat, Miron („O rybaku i złotej rybce”, „Zaproszenie na egzekucję”, „Dziady po Białoszewskim”)

Agnieszka Kozłowska-Piasta
("Projektor" - 6/2015)
Teatr Lalki i Aktora „Kubuś” w Kielcach zaczyna się uwalniać z kokonu, w którym tkwił od wielu lat. Obok tradycyjnego repertuaru dla dzieci przygotowuje spektakle adresowane do dorosłego widza.
Od początku sezonu na scenie wystawiono trzy spektakle „O rybaku i złotej rybce”, „Zaproszenie na egzekucję”, „Dziady po Białoszewskim”.

Skromna, choć złota

Fot. Bartek Warzecha
Klasyczną opowieść o złotej rybce i rybaku już wielokrotnie gościła na deskach teatru „Kubuś”. Ostatnio w 2008 roku, w reżyserii Czesława Sieńki z drewnianą, „wierszalińską” scenografią Mikołaja Maleszy. Kolejne pokolenie widzów jednak już dorosło, aby poznać przypowieść o pazerności i zachłanności. Tym razem w mityczny morski świat wprowadza młodych widzów debiutujący w roli reżysera Przemysław Żmiejko.

Dzięki napisanej na nowo przez jedną z ważniejszych autorek sztuk dla dzieci Martę Guśniowską historii, opowieść Żmiejki jest kameralna, dowcipna i mniej straszna. W niewielkiej sali, na mięciutkich poduszkach mali i nieco więksi z zapartym tchem śledzą koleje losu rybaka i jego żony. Pełna rybackich sieci, wielofunkcyjna scenografia błyskawicznie zmienia się w morską toń, by za chwilę z powrotem stać się nadbrzeżem z biedną, a potem coraz bogatszą chatą. Rybak (Andrzej Skorodzień) przypomina tego z opowieści Puszkina. Jest dobrotliwy, spokojny i mocno podporządkowany swojej żonie. Ta, choć pazerna, ma w sumie dobre serce i budzi sympatię (Dorota Anyż). Największej metamorfozie w stosunku do Puszkinowskiego oryginału uległa rybka. To już nie chodząca dobroć, ale znająca swoją wartość, sprytna i nieco złośliwa mieszkanka morskiej głębi. Potrafi oszukać, zażartować, ale i pomóc biednemu, zdominowanemu przez pazerną babę rybakowi. W tej roli doskonale odnalazła się Agata Sobota. 

Reżyser Przemysław Żmiejko dobrze wykorzystał potencjał spektaklu. Guśniowska potrafi nie tylko uwspółcześnić bajkowe evergreeny, ale także przemycić dodatkowe treści, zwłaszcza dla dorosłych opiekunów małoletnich widzów. Choć osobiście nie przepadam za mruganiem okiem do dużych widzów, w stylu jak baba chce dwór, to niech wyjdzie na dwór, a jak chce zamek, niech idzie do ślusarza trzeba przyznać, że dramatopisarka robi to zgrabnie, z dużą lekkością. Ten żartobliwy i lekki ton opowieści wspierają dwie dodatkowe postaci: Kogut i Prosiak, które jak antyczny chór dowcipnie komentują wydarzenia. Przyczyniły się do tego także lalki – przypominające muppety gadające głowy zaprojektowane przez debiutującą Agatę Krutul. 

W dobie konsumpcjonizmu dobra i produkty mają wyższą wartość od idei. W dylemacie „mieć czy być” szala zwycięstwa zbyt często przesuwa się na korzyść „mieć”. Warto więc przypominać także o „być” – zarówno tym małym, jak i – a może przede wszystkim – tym dużym. I warto wykorzystywać do tego każdą okazję – nawet ten skromny, niewielki spektakl „O rybaku i złotej rybce”.

Niewyraźny Cyncynat

Wielowarstwowa antyutopia o groteskowości totalitaryzmu uznawana jest za jedną z najlepszych książek Vladimira Nabokova. Oniryczna, baśniowa historia jedynego prawdziwego, „nieprzezroczystego” człowieka, za swą odmienność skazanego na śmierć, zachwyca precyzją, dekonstrukcją rzeczywistości i grą z czytelnikiem. Oczekujący na egzekucję Cyncynat C., dzięki stypendystce Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska” Sabinie Wacławczyk opuścił karty książki „Zaproszenie na egzekucję” i „ukonkretnił” się na deskach teatru „Kubuś”. 

Samotnego w swej indywidualności i prawdziwości mieszkańca celi śmierci Cyncynata C. otaczają ludzie kukły, zmieniający swoją tożsamość, maski zasłaniające twarz, charakteryzację, nierzeczywiści i nieprawdziwi. Teatr pasuje do tematu jak ulał, zresztą takie sugestie można już wyczytać z prozy Nabokova. Wacławczyk zdecydowała się je wykorzystać. Cała obsługa więzienna tańcząca dance macabre dookoła Cyncynata ma na twarzach maski, którymi dowolnie zamienia się na oczach widowni: dyrektor więzienia może za chwilę zostać sprzątaczem albo adwokatem. Jedynie oskarżony zostaje sobą. 

Mimo cyrkowej proweniencji kostiumów pracowników więzienia – córka dyrektora wygląda jak akrobatka, on sam jak dyrektor cyrku, a kat jak żongler czy klaun – świat celi jest szary, smutny, przygnębiający i groźny. Próbujące rozbawić skazańca kreatury czy odwiedzające go najbliższe osoby obnażają swoją sztuczność, nieszczerość i agresję. To zasługa nie tylko wspaniałych masek zaprojektowanych przez reżyserkę (Sabina Wacławczyk ukończyła wrocławską ASP), ale także, a może przede wszystkim, charakterystycznych, energetycznych, soczystych kreacji aktorskich Ewy Lubacz, Andrzeja Kuby Sielskiego, Zdzisława Reczyńskiego i Michała Olszewskiego. Szkoda, że stojący po drugiej stronie barykady, naturalny, jakby bezbronny z odsłoniętą twarzą Cyncynat (w tej roli debiutant – Mateusz Brodowski), przegrywa z maszkarami. Ten jedyny prawdziwy bohater sztuki jest bardzo płaski i jednowymiarowy, a jego okazywane emocje ograniczają się głównie do lęku i zagubienia.

Plusem przedstawienia jest niewątpliwie skromna, funkcjonalna scenografia, kostiumy i maski autorstwa reżyserki. Klimatu dodaje muzyka Włodzimierza Kiniorskiego. Trudno mieć zastrzeżenia do adaptacji, której również dokonała Sabina Wacławczyk, a w dramaturgii wsparł ją Szymon Adamczak. Ostatnia scena – podobnie jak w powieści – nie daje odpowiedzi, czy Cyncynat został stracony, czy w jakiś sposób uwolnił się z tego świata absurdu. Mimo to spektakl pozostawia niedosyt. Zabrakło reżyserskiej interpretacji tej magicznej, niezwykle bogatej prozy, wprowadzone zabiegi (jak choćby zamiana masek) zostały zasugerowane przez Nabokova, a pomysł, by z losów Cyncynata uczynić kolejnego Big Brothera nie dość wyraźnie zaznaczony.

Wyjęzyczenie kawalerki

Warszawa, ul. Lizbońska 2, mrówkowiec na Saskiej Kępie. To tutaj w niewielkiej kawalerce na IX piętrze zamieszkał Miron Białoszewski. Trudy przeprowadzki i przyzwyczajania się do nowych warunków życia, nowego stanu ciała i ducha opisał w „Chamowie” – pamiętniku wydanym dopiero w 2009 r. To właśnie ta osobista i niezwykle charakterystyczna proza stała się inspiracją do „Dziadów po Białoszewskim”, najnowszej premiery sceny dla dorosłych w kieleckim „Kubusiu”.

Realizacja spektaklu była główną nagrodą w konkursie dla debiutantów, ogłoszonym w tym roku w teatrze. Wyróżniony przez jury zespół realizatorski w składzie: Agata Retoruk – scenariusz i reżyseria, Justyna Banasiak – scenografia i Paweł Sowa – doceniono za ciekawą i spójną wizję, oryginalność wykorzystania formy, wrażliwość oraz dobre przygotowanie koncepcji. Przeniesiony w sferę konkretu teatralnego projekt okazał się dziełem przemyślanym, ukończonym, a przede wszystkim ciekawym.

Akcja spektaklu rozgrywa się po śmierci Mirona. Jego przyjaciele odwiedzają kawalerkę na Lizbońskiej, aby powspominać, poprzebywać w oryginalnym mikrokosmosie Białoszewskiego. Skoro nie ma już pisarza, mówią ściany, przedmioty, gadżety, rzeczy. Mironowy świat wskrzeszają wspomnienia, jego wiersze i fragmenty prozy. On nadal jest, żyje i nadal ukonkretnia swoje ja, nasłuchując, obserwując, chłonąc zwykłą codzienność w sposób indywidualny, niezwykły. Tutaj cieknący kaloryfer brzmi jak symfonia, kolejka do okienka w przychodni jest odkryciem nieznanych ludzi, języków, cech charakterów. Mrówkowiec z Lizbońskiej to megakosmos ludzi, których orbity zapętlają się niespodziewanie i przypadkowo. To dlatego wzruszającą „Lacrimosę” Mozarta, słuchaną na adapterze przerywa gromkie „Sto lat”, a dzwoniące słoiki wścibskiej sąsiadki nie pozwalają na prywatność i skupienie.

Pudełkowa, niewielka przestrzeń pokoju Mirona wypełniona meblami, świątkami, przedmiotami jest „osobna”, plastycznie zamknięta na zewnątrz. Dzięki pomysłom reżyserki otwiera się na zewnątrz, nadstawia uszy przyjmując jak ulubiona przez Białoszewskiego taśma magnetofonowa wszelkie dźwięki, zapisując je demokratyczne i chaotycznie. Ten świat jest także widziany: głowa Białoszewskiego animowana przez aktorów żyje, porusza oczami, przymyka powieki, aby na koniec zamknąć je na zawsze i odfrunąć do nieba.

Lingwistyczne, często absurdalne „wyjęzyczenia” Białoszewskiego, sprzeczności między tym, co chciałoby się powiedzieć, a co się mówi, są trudne do interpretacji. Trójka aktorów: Jolanta Kęćko, Zdzisław Reczyński i Michał Przybyszewski daje radę, spełniając testament poety. Zdaniem Białoszewskiego wartość ma tylko to, co z zapisanego zostało powiedziane. 

„Dziady po Białoszewskim” są udaną próbą odbrązowienia, przybliżenia współczesnym widzom twórczości poety, tak wymykającego się klasyfikacjom, tak osobnego, ekscentrycznego i indywidualnego, a jednocześnie tak mocno stąpającego po ziemi, tak silnie uwiązanego do codzienności, potoczności, do życia. I choć, jak pisał Miron, to się nie da przepisać z faktyczności na wyrażalność, młodemu zespołowi pod wodzą Anny Retoruk, zadanie to się udało.

sobota, 30 lipca 2016

Art z prawdziwego zdarzenia (Festiwal teatralny Hurra!Art!)

Agnieszka Kozłowska-Piasta
("Projektor" - 5/2015)
Nasze instytucje kulturalne zwykle nie rozpieszczają mieszkańców podczas wakacji. Po mocnym akcencie kulturalno-komercyjnym, jakim jest Święto Kielc na początek, licznej, ale mało widowiskowej ofercie zajęć warsztatowych dla dzieci, a także tradycyjnym Festiwalu Harcerskim, w sierpniu w Kielcach (kulturalnie) dzieje się niewiele. Ten trend po raz pierwszy – i mam nadzieję, że to będzie pierwszy raz z wielu – postarał się przełamać Teatr Lalki i Aktora „Kubuś”.

Fot. Bartek Warzecha
Dzięki zorganizowanemu po raz pierwszy Wakacyjnemu Festiwalowi Sztuki Hurra!Art!, mali i więksi mieszkańcy naszego miasta mieli okazję uczestniczyć w ważnych i ciekawych wydarzeniach kulturalnych i artystycznych. I to na dodatek przez trzy weekendy sierpnia.

Widzowie mogli przekonać się, jaki jest współczesny polski teatr lalkowy i to w tym najlepszym wydaniu. Do Kielc przyjechały teatry z całej Polski i zaprezentowały jedne z najciekawszych przedstawień sezonu. Od kameralnej, subtelnej i interaktywnej opowieści o uczuciach z Białostockiego Teatru Lalek („Robot i Motylek”), przez filologiczno-teatralne zabawy słowami z Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu (dwie części „Choć na słówko”), filozoficzno-terapeutyczne wynurzenia o życiu i śmierci w wykonaniu aktorów Teatru 21 („Śmiertelnie trudna gra”), bajkę dla najmłodszych z wałbrzyskiego teatru („Naj”), opowieść z Miejskiego Teatru „Miniatura” w Gdańsku o nie poddającym się przeciwnościom losu odmieńcu („Brzydkie kaczątko”), po feministyczną opowieść o podziale ról w rodzinie i potrzebach współczesnych kobiet, którą zaprezentował Wrocławski Teatr Lalek („Skarpety i papiloty”). 

Hurra!Art! nie był jedynie wakacyjnym przeglądem spektakli lalkowych dla dzieci. Program wypełniły liczne warsztaty, dyskusje, czytania sztuk i pokazy filmowe. Mali mogli tworzyć muzykę, popróbować, jak w teatrze robi się pioruny i na czym polega teatr cieni, zaprojektować idealny teatr dla dzieci, stworzyć własny szyfr czy rebusy ruchowe. Duzi – nauczyć się, jak kreatywnie spędzać czas z dziećmi i jak ich słuchać. Dzięki współpracy z organizatorami festiwalu „Złote Mrówkojady” w programie znalazły się projekcje krótkometrażowych filmów dla dzieci – tych animowanych i tych aktorskich – nakręconych na całym świecie przez offowych twórców.

Dyskutowano także o teraźniejszości i przyszłości teatrów dla dzieci, podkreślając rolę pedagogiki i edukacji teatralnej, familijności, która pozwala zaktywizować nie tylko publiczność dziecięcą, ale i rodziców. Teatr to już nie miejsce biernego konsumowania spektaklu, gdzie jedyną informacją zwrotną widowni stają się brawa i ewentualnie przysłane do teatru prace plastyczne. Spektakl staje się pretekstem do wymiany myśli, budzenia wrażliwości, pozwala uruchomić rozmowę z dziećmi, buduje wspólnotę, daje szansę spotkania z innymi poglądami, osobami.

Festiwal Hurra!Art! pokazał, że teatr dla dzieci już dawno przestał być teatrzykiem – miejscem, gdzie możemy posłać dziecko dla rozrywki, a tę godzinę zagospodarować na plotki z koleżanką (choć niestety w Kielcach nawet na premierach niektórzy nadal tak robią). To miejsce, który uczy świata wartości, przypomina dorosłym, jak to jest być dzieckiem: naiwnym, ufnym i ciekawym świata. To miejsce nie istniejące w oderwaniu od rzeczywistości. Teatry lalkowe nie pokazują już ramot, pokrytych kurzem bajek, jakie opowiadały swoim wnukom babcie 200 lat temu. Teatr dla dzieci porusza ważne tematy: inności i dyskryminacji, uczuć i emocji, miejsca kobiety i matki we współczesnym świecie, śmierci, nieodłącznie towarzyszącej nam w życiu. Dodatkowo robi to w ciekawej artystycznie formie. „W „Brzydkim kaczątku” historię opowiadano dzięki dwóm wiekowym rzutnikom wyświetlającym obrazy na folii, a aktorzy na oczach widzów tworzyli wszystkie dźwięki i odgłosy. Opowieść o śmierci przedstawili uczniowie i absolwenci Zespołu Społecznych Szkól Specjalnych „Dać Szansę” – osoby z zespołem Downa i autyzmem. 

Hurra!Art! to pierwszy w pełni profesjonalny i poważny – za program odpowiadała Justyna Czarnota pedagog teatru i odpowiedzialna za program „Lato w teatrze” koordynowany przez Instytut Teatralny im. Raszewskiego – projekt artystyczny tej skali dla dzieci w naszym mieście. Festiwal stał się nie tylko szansą na poznanie polskiego teatru lalkowego, ale także poważną propozycją na mądre spędzanie wakacyjnych weekendów z dziećmi. Festiwal po raz kolejny szeroko otworzył drzwi kieleckiego teatru dla spędzających wakacje w mieście, dla tych, którzy dostęp do kultury mają utrudniony i także dla tych, którzy po prostu lubią teatr. Podsumowujący wydarzenie dyrektor Kubusia Robert Drobniuch stwierdził, że impreza spotkała się z dobrym przyjęciem, a opinie uczestników spotkań mile zaskoczyły organizatorów. Co prawda frekwencja – 1500 odbiorców na 200-tysięczne miasto nie jest może oszałamiająca, ale należy pamiętać, że to pierwsza tego rodzaju impreza i że następne – dzięki udanej pierwszej edycji – przyciągną większą widownię.

Festiwal pokazał coś jeszcze: że kielecki teatr nie zwalnia tempa, konsekwentnie dobijając do polskiej czołówki scen lalkowych, zarówno jeśli chodzi o przedstawienia, jak i całą okołoteatralną działalność. Bo – przynajmniej moim zdaniem – na miano lidera na lokalnym rynku instytucji kultury – już zasłużył.

Zagubiony klaun ("Biały klaun")

Agnieszka Kozłowska-Piasta
("Projektor" - 4/2015)
Fot. Bartek Warzecha
Czy miłość zawsze jest czerwona? Jak poznać, co jest zielone? Czy kolory istnieją także w nocy? Czy można je poczuć zamiast zobaczyć? Jak poradzić sobie, gdy jest się innym? Czy warto ukrywać swoją wyjątkowość i jak znaleźć w sobie odwagę na bycie sobą? Odpowiedzi na wiele trudnych, skomplikowanych pytań szuka bohater „Białego klauna” najnowszej premiery w Teatrze Lalki i Aktora „Kubuś” według książki chorwackiego pisarza Damira Miloša.

W tej niemal filozoficznej opowieści o dorastaniu i dojrzewaniu, przyrównywanej do „Małego księcia” – wyreżyserowanej przez Ewę Piotrowską do scenariusza Anety Wróbel – dużą rolę odegrała w kieleckiej prapremierze warstwa wizualna. Scenografia Ewy Woźniak i Aleksandra Janasa oraz projekcje komputerowe Janasa i Pawła Szarzyńskiego z kolektywu kilku.com – naprawdę robiły wrażenie. Pomysłowa ściana, która staje się leśnym drzewem, pokojem z łóżkiem, a przede wszystkim ekranem do świetnych i przemyślanych animacji oraz tłem do świateł i tęczowych cieni, rzucanych przez teatralne reflektory, pozwala poczuć wyjątkowość i magiczność tej opowieści. Scenografia traciła barwy, gdy na scenie pojawiał się chłopiec nie widzący kolorów, aby za chwilę z powrotem je odzyskać, gdy dołączali do niego inni.

Mimo oszałamiającej warstwy wizualnej spektakl nie zachwyca. Być może sprawiła to adaptacja i próba zmieszczenia w spektaklu zbyt wielu wątków z bogatej prozy Miloša. O ile książka jest opowieścią o szukaniu swojej drogi, o tyle spektakl utknął gdzieś między bajkową opowieścią z fantastycznym przygodami i bohaterami a filozoficzną przypowieścią o dorastaniu. Być może problem tkwi także w nierównej grze aktorskiej. Debiutujący na kieleckiej scenie w roli chłopca Błażej Twarowski poradził sobie z zadaniem. Niewidomy starzec Andrzeja Matysiaka był zbyt jednowymiarowy jak na przewodnika duchowego i nauczyciela życia, a śniący się chłopcu Smok głównie ryczał i straszył. Ekipa klaunów była mało wyrazista (Zdzisław Reczyński, Małgorzata Sielska, Mikołaj Biernacki i Jolanta Kęćko), a Magdalena Daniel jako dziewczyna raz zachowywała się jak kilkulatka, a w innym momencie jak dorastający podlotek. Być może po prostu się czepiam, ale to pierwszy spektakl w tym sezonie w kieleckim teatrze, który moje 9-letnie dzieci przyjęły bez większych emocji.

Zasnąć w pluszu ("Misiaczek")

Agnieszka Kozłowska-Piasta
("Projektor" - 3/2015)
Milutko, pluszowo, cieplutko i mądrze jest w misiowej jaskini Teatru Lalki i Aktora „Kubuś”. Druga propozycja z cyklu „Baja dla Najnaja” – „Misiaczek” – skromna, bezpretensjonalna opowieść Marty Guśniowskiej w reżyserii Anny Nowickiej, wprowadza maluchy w zaczarowany świat tysiąca sposobów na… zaśnięcie.

Fot. Bartek Warzecha
„Misiaczek” dzieje się na małej scenie, przystosowanej dla potrzeb najmłodszego widza. Zamiast dużych, ciemnych przestrzeni, przerażającego wnętrza sceny czy straszących gdzieś nad głową reflektorów mamy mięciutką, sympatyczną norkę – jaskinię państwa misiów. Dzieciaki siedzą na miękkich poduszkach, a aktorzy w polarowych, przytulnych kostiumach, grają na wyciągnięcie ręki. Przed wejściem na widownie trzeba – jak w domu – nawet zdjąć buciki i założyć kapcie.

A o czym jest opowieść? O małym Misiaczku, który za nic nie chce zasnąć. Babcia i dziadek opiekujący się maluchem pod nieobecność mamy proszą o pomoc małych widzów. Maluchy liczą owce, kołyszą hamakiem, udają pszczółki. Wszystko na nic. Misiaczek spać nie zamierza. 

Aktorzy grające rolę dziadków – Zdzisław Reczyński i Agata Sobota doskonale radzą sobie z nieletnią widownią, delikatnie nie nachalnie wciągając ja do wspólnej zabawy. Sympatyczne niedźwiedzie, jak prawdziwe babcie i dziadkowie budzą ciepłe i miłe skojarzenia. Tym bardziej mały Misiaczek – pluszowa lalka animowana przez aktorów.

Marta Guśniowska nie raz już udowodniła, że potrafi ciekawie i mądrze opowiadać baśnie. Na kieleckiej scenie całkiem niedawno widzieliśmy wspaniałą opowieść o prawdziwym pięknie, czyli „O Pryszczycerzu i królewnie Pięknotce”. Przytulną, spokojną historią niesfornego, a raczej nieśpiącego Misiaczka autorka pokazuje, że potrafi rozmawiać z naprawdę małymi dziećmi. Jej intencje doskonale wyczuła reżyserka spektaklu, nie siląc się na widowiskowe fajerwerki. Przystosowany do percepcji naprawdę małych widzów spektakl nie dłuży się, jest zrozumiały, czytelny i niezbyt skomplikowany. Skromny spektakl jest jak bajka opowiadana na dobranoc – powolna, spokojna, pełna ciepła, radości i pewności, że z najbliższymi nic złego nocą stać się nie może. Ma także morał: ukojenie i prawdziwie spokojny sen może dać tylko mama.

Bez dziadków ani rusz

Dziedziczenie genów to bardzo skomplikowana sprawa. Nie wiadomo, czy nasze dzieci będą podobne bardziej do nas, czy np. odziedziczą kolor oczu czy włosów po swoich dziadkach. Podobno genetycznie dziedziczymy także talenty, upodobania, smaki, a nawet strach. Jedno jest pewne: na nasze geny nie mamy wpływu. Ale przecież to kim jesteśmy zależy nie tylko o łańcucha chromosomów, ale także, a może przede wszystkim od tego, kto i jak wprowadza nas w życie, czego nas uczy, o czym przypomina i w jaki sposób o tym mówi. I o tym drugim, cenniejszym i ważniejszym dziedziczeniu opowiadają „Dziadki, dziatki” Elżbiety Chowaniec w reżyserii Marka Zákostelecký'ego.

Główny bohater Henri jest grany aż przez czterech aktorów. Może być dzieckiem, młodzieńcem, dorosłym i starcem i często we wszystkich czterech postaciach równocześnie występuje na scenie, namacalnie pokazując małej i dużej widowni dorastanie i bezlitosny upływ czasu. Henri ma wyjątkowego dziadka, który wprowadza go w świat magii. Jest bowiem dyrektorem teatru i uczy młodzieńca cyrkowych i teatralnych sztuczek. Henri jest jego spadkobiercą: zostaje następnym dyrektorem teatru, lalkarzem i strażnikiem pamięci o dziadku, gdy jego już zabraknie.

Dowcipny, pełne energii i absurdalnych żartów spektakl jest wspaniała przypowieścią o przemijaniu i pamięci o naszych bliskich zmarłych. Dziadek Henri’ego znika, podobnie jak wszyscy kochani dziadkowie i babcie na świecie. Co po nich zostaje? Henri poznaje jeszcze kilka historii. Jeden dziadek założył kielecki park, drugi ponazywał gwiazdy na niebie, trzeci stał się wiatrem, bo kochał szybka jazdę na motorze, a po czwartym został taniec połamaniec, zainspirowany pysznymi flakami. Każda z historii opowiedziana jest w innej lalkarskiej stylistyce. Jest teatr cieni, małe pacynki, marionetki, olbrzymie manekiny i maski – jak przystało na porządny, objazdowy teatr, którego dyrektorem jest dziadek Henri’ego.

„Dziadki, dziatki” to dla dzieci przede wszystkim doskonała zabawa, zagrany brawurowo, w szybkim tempie spektakl. Tu nie ma miejsca na pomyłki i spóźnienia, bo całość rozleciałaby się jaki domek z kart, więc od aktorów reżyser wymaga niezwykłej precyzji. Czterej bohaterowie Mikołaj Biernacki, Michał Olszewski, Zdzisław Reczyński, Andrzej Kuba Sielski radzą sobie z tym zadaniem doskonale. Towarzyszą im tylko dwie urocze i niezwykle przydatne asystentki: Ewa Lubacz i Magdalena Daniel. Tempo zapiera dech w piersiach widowni, śmiechy i uśmiechy z twarzy malców nie nikną. Tej spontanicznej, pełnej dobrej energii zabawie sprzyja także doskonała scenografia – nastrojowy, choć nieco staroświecki i prowincjonalny teatr – z oświetloną rampą i krwistoczerwoną kurtyną. Jej autorem – podobnie jak kostiumów i projektów lalek jest Marek Zákostelecký.

„Dziadki, dziatki” pokazują, że pozostaną po nas nie tylko smutne, opuszczone, nikomu niepotrzebne przedmioty, graty, papiery i śmieci. To, kim jesteśmy dla najbliższych stanie się magicznym, ciepłym i czasami bardzo baśniowym wspomnieniem. O to powinniśmy się starać już dziś i tego powinniśmy sobie wszyscy życzyć.

Tureckie cienie w pantomimie („Pan Bam i ptak Agrafka”, „Sklepy cynamonowe”, „Misiaczek”)

Agnieszka Kozłowska-Piasta
("Projektor" - 2/2015) 
Trzy premiery: „Pan Bam i ptak Agrafka”, „Sklepy cynamonowe”,
„Misiaczek” i naprawdę niezłe pieniądze z programów operacyjnych Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego – trzeba przyznać, że Teatr Lalki i Aktora „Kubuś” rozpoczął jubileusz 60-lecia z prawdziwym rozmachem.

Te spektakle wnoszą nową jakość do repertuaru
kieleckiej sceny i powinny zadowolić każdą publiczność.
„Pan Bam i ptak Agrafka” to wzruszająca
zachwycająca wizualnie opowieść bez słów. Aktorzy
z „Kubusia” zmierzyli się z trudną i wyjątkowo
wymagającą formą scenicznej pantomimy. Wspierał
ich reżyser spektaklu i scenograf w jednej osobie:
Bartłomiej Ostapczuk, mim i założyciel Warszawskiego
Centrum Pantomimy oraz Teatru Pantomimy Mimo.
Nie do przecenienia jest także rola grającego
główną rolę aktora Andrzeja Kuby Sielskiego, od lat
praktykującego „niemą sztukę”, zafascynowanego
pantomimą. Sielski jest autorem opowiadania „milcząco”
przeniesionego na deski kieleckiej sceny. Pan Bam
to nieco roztargniony i bardzo samotny człowiek
o gołębim sercu, który zaopiekował się dziwacznym
ptakiem o złamanym skrzydle. Co dzieje się dalej?
Wyleczony ptak opuszcza swojego opiekuna, a ten
czuje się jeszcze bardziej samotny i ze złamanym
sercem wyrusza na poszukiwanie ukochanego
pierzastego stwora.

Opowieść, jakich setki w książkach dla dzieci, dzięki
formie pantomimy nabrała nowych, niezwykle subtelnych
znaczeń, pastelowych kolorów i odcieni. To już
nie zwykła bajka dla dzieci, ale oniryczna przypowieść
o samotności, nie zawsze idealnym uczuciu i pogoni za
własnymi marzeniami – przynajmniej tak odebrałam
ten spektakl ja, właścicielka dowodu osobistego od
kilkudziesięciu lat. To, że aktorzy grający w sztuce nie
są zawodowymi mimami także sprzyja niezwykłemu
klimatowi tej opowieści.

Czy te emocje potrafią odczytać nasi milusińscy?
Zespół przygotowujący „Pana Bama” nie zapomniał
i o nich. Groteskowe, dowcipne popisy i gagi cyrkowe,
żarty jak u najlepszych klaunów i dynamika przedstawienia
sprawiają, że najmłodsi nie nudzą się na widowni.
Wspaniałe, sztukmistrzowskie efekty wizualne
– fruwające pióra, gra świateł przygotowana przez
Andrzeja Króla, lalki Mateusza Mirowskiego i dobrze
dobrana muzyka Mai Pietraszewskiej-Koper, a także
interakcje aktorów z małą publicznością dopełniają
całości. Trudno rozsądzić, czym jest dla młodszych
widzów. Być może dla wielu „Pan Bam i ptak Agrafka”
będzie jedynie klaunadą i sztukmistrzowskimi popisami
scenograficznymi. Dzięki temu spektaklowi mają jednak
szansę dotknąć innego teatru, jakiego w Kielcach
jeszcze nie było. A przy okazji zachwycić się ciekawą,
tajemniczą historią, którą każdy może odczytać po
swojemu.

Wyjątkowych wrażeń dostarczyła także kolejna premiera
w „Kubusiu”. Kielecka widownia wreszcie miała
okazję poznać ostateczną wersję „Sklepów cynamonowych”
– polsko-tureckiej produkcji w reżyserii
Roberta Drobniuchna. Trzeba przyznać, że od
wrześniowych pokazów spektakl nieco się zmienił,
wysubtelniał. To wspaniałe animacje w stylu tureckiego
teatru cieni ożywiły Drohobycz z prozy Bruno
Schulza. Grający rolę Józefa – Karol Smaczny, choć
nadal jest demiurgiem fantastycznego świata, to już
nie tak diabolicznym i histerycznym, jak w jesiennej
wersji. Lalki i animacje Cengiza Özeka, wsparte graną
na żywo muzyką Michała Górczyńskiego i Karola
Nepalskiego inspirują wyobraźnię widzów, zapraszając
do onirycznego, magicznego świata fantazmatów
Schulza. Duża w tym zasługa animujących teatr cieni
aktorów: Ewy Lubacz i Andrzeja Kuby Sielskiego.
Polsko-turecka magia skrojona została na optymalną
miarę – niepowtarzalnych w literaturze, soczystych
i głębokich wizji w świecie wyobraźni o nieco skrzywionej
optyce.

„Sklepy cynamonowe” stały się jeszcze dodatkową
okazją. Dzięki wizycie tureckiego partnera Cengiza
Özeka kielecka publiczność miała okazję zobaczyć
prawdziwy, współczesny teatr cieni z tego odległego
kraju. „Śmieciowy potwór” to opowieść ekologiczna
o zanieczyszczeniu morza i karze, jaka może spotkać
za tak nieroztropne postępki. Wspaniałe, barwne
lalki tureckiego teatru cieni, niewielki ekranik, w jakim
animowane są postaci, muzyka grana na żywo, turecki
język opowieści mogły trochę zdziwić małych widzów.
Zachwyciło z pewnością to, że ten rozbudowany
lalkowo i scenograficznie spektakl grał tylko jeden
aktor. Wierzę głęboko, że ten godzinny kontakt
z prawdziwą egzotyką na długo zostanie maluchom
w pamięci.

Dla porządku wspominam o trzeciej premierze –
drugiej realizacji przeznaczonej dla najmłodszych
widzów w ramach cyklu „Baja dla najnaja”. „Misiaczek”
Marty Guśniowskiej to opowieść o misiu, który ani
myśli zapadać w zimowy sen. Recenzja ze spektaklu
w kolejnym numerze „Projektora”.

Wytęż mózg i …. żyj! ("Kosmiczna sprawa")

Agnieszka Kozłowska-Piasta
("Projektor" - 6/2014)
Znana prawda mówi, że zaczynamy cenić to, co mamy dopiero wtedy, gdy to stracimy. W codziennej pogoni często nie zauważamy, jak zmieniają się pory roku, nie doceniamy momentów, spędzanych z najbliższymi, blokujemy swoje prawdziwe emocje, starając się niezbyt wyróżniać z otoczenia. O urokach życia, uczuciach, stanowiących istotę człowieczeństwa, naszych zmysłach, pozwalających nam smakować rzeczywistość opowiada najnowszy spektakl w Teatrze Lalki i Aktora „Kubuś” – „Kosmiczna sprawa”.

Fot. Bartek Warzecha
Sztukę napisała, a potem wyreżyserowała Agata Biziuk. Ta sama, która kilka lat temu w kieleckim teatrze wprowadzała dzieci w świat mieszkających na działce „Robali”. Tym razem autorka postanowiła zafundować najmłodszym wyprawę w kosmos, na planetę, gdzie żyją wyprane z emocji Mózgi i Móżdżki. Zainteresowane kwestią uczuć stwory wyruszają w wyprawę na Ziemię, aby poznać Wroga – ludzi, zebrać materiał badawczy, a potem unicestwić planetę. Misją dowodzi najważniejszy Mózg (w tej roli świetny – trochę straszny, trochę śmieszny Michał Olszewski).

Międzyplanetarny wymiar opowieści doskonale podkreśla scenografia i kostiumy. Krzysztof Kiziewicz prawie do zera opróżnił scenę, dodając jedynie niewielkie elementy o geometrycznych kształtach, symbolizujące planety, statki kosmiczne. W centralnym punkcie stoi parawan symbolizujący pokój dziecięcy – doskonały do multimedialnych projekcji. W kosmiczny klimat wpisały się także autorki kostiumów. Katarzynie Pielużek i Natalii Marii Mleczak należą się brawa zwłaszcza za mocno pofałdowane i miękkie jak kołderki kostiumy stworzeń z innej planety. 

Móżdżki na Ziemi – oczywiście w „ludzkim” kamuflażu typowej rodziny z synem i psem – poznają typowych przedstawicieli klasy średniej: dużo zarabiającego tatę, niepracującą mamę, która uwielbia plotki, kolorowe magazyny, a nie gotuje i nie sprząta, bo ją na to stać. Ziemianie mieszkają w domku na przedmieściach i starają się jak najlepiej wypaść przed sąsiadami. Sen z powiek spędza im tylko córka – zbuntowane dziewczę, które od zabawy z rówieśnikami woli siedzenie w swoim pokoju.
W bajkach już tak jest, że są dobrzy i źli bohaterowie. Ci dobrzy wygrywają, źli ponoszą zasłużoną karę. W sztuce Agaty Biziuk nie ma jednoznaczności. Wszyscy są trochę dobrzy, a trochę źli. Matka zamiast poznać przyczynę dziwnego zachowania córki, martwi się bardziej o to, co powiedzą sąsiedzi, ojciec marzy tylko o tym, aby jego pociecha chodziła w sukienkach. W konfrontacji z chłodno kalkulującymi mózgami okazują się jednak lepsi, bo ludzcy.

Obcy wykonują swoją misję zniszczenia planety, lecz z czasem – coraz bardziej zachwyceni ziemskim życiem - zaczynają bronić jej mieszkańców. Jedynie diaboliczny Móżdżek wcielony w psa, z uporem dąży do zagłady, ale przyczyna jest prozaiczna: z powodu ziarenek w nosie i uszach nie czuje zapachów i niezbyt dobrze słyszy.

Morał opowieści jest jasny: to, kim jesteśmy i co mamy, sprawia, że powinniśmy cieszyć się życiem, zachwycać otaczającym nas światem i nie pozwolić odebrać sobie emocji i uczuć. Te dobre nas uszczęśliwią, a złe… zawsze możemy zamienić na dobre. To przesłanie z pewnością odczytają dorośli, którzy dodatkowo mogą w krzywym zwierciadle obejrzeć współczesne relacje rodzinne, posłuchać monologu Móżdżka-Psa (groźna i straszna Ewa Lubacz) o konieczności pójścia pod prąd i manifestowania swojej indywidualności. A czy odczytają je dzieci? Przez niejednoznaczność postaci i pewne niedopowiedzenia (nie wiemy do końca, dlaczego miła Agnieszka zaczęła nagle gryźć i nienawidzić swoich rówieśników) mogą mieć z tym kłopoty. Myślę, że autorka wysoko stawiając dzieciom poprzeczkę wiedziała, co robi. W końcu nasza codzienność nie jest biało-czarna. Im szybciej nasze dzieci nauczą się rozróżniać odcienie szarości, tym lepiej.

Sklepy cynamonowe – zapiski przed premierą ("Sklepy cynamonowe")

Agnieszka Kozłowska-Piasta
("Projektor" - 5/2014)
Czy można pisać recenzję spektaklu, który jeszcze nie miał swojej premiery, a prace nad nim trwają? Czy należy oceniać przedstawienie, który może jeszcze się znacząco zmienić?

Mimo wątpliwości, zaryzykuję, uznając, że zaproszenie na próbę otwartą „Sklepów cynamonowych” Brunona Schulza w reżyserii Roberta Drobniucha w kieleckim „Kubusiu” było także zaproszeniem do wypowiedzi. Skoro spektakl jeszcze się tworzy, recenzja będzie także zbiorem uwag, zapisem ulotnych wrażeń, stawianiem pytań.

Schulz
Oniryczna, magiczna proza potrafi zauroczyć, przenieść w inny wymiar. Szczątkowa fabuła rozpływa się w przeładowanych metaforami i porównaniami zdaniach, pączkujących i znikających jak bańki mydlane. To inny świat. Kamienice mają zapominane pokoje, w znanym mieście można się zgubić jak w labiryncie, a świat obok ludzi zamieszkują manekiny. Czy to wspomnienia małego dziecka, które w ten sposób oswajało świat? A może to sny? Koszmary? Zwidy?

Polska-Turcja 1
Przybliżyć Schulza tureckiej młodzieży. Czy obrazem da się opowiedzieć meandry i zawiłości języka pisarza z Drohobycza? Jak połączyć magię przedwojennego miasteczka z tureckim teatrem cieni? Wielki pomarszczony arkusz papieru jest światem, na który nastają postaci znane z kart „Sklepów cynamonowych”. Ruchome źródła światła dają cieniom dodatkowe znaczenia. Postaci powiększają się i zmniejszają, przybliżają i oddalają, straszą, i zachwycają. Wyłaniają się z ciemności jak ćmy biegnące do światła, odgrywają swój teatr, aby potem znowu w ciemności rozpłynąć się czy nagle zniknąć. Zasługa tureckiego lalkarza i mistrza animacji Cengiz Özeka, który wspiera polskich aktorów?

Ojciec
Diaboliczny Demiurg, uroczy stetryczały staruszek, maligna szaleństwa. Tyle odcieni. Jeden Andrzej Kuba Sielski.

Matka
Ciepła dla syna, pragmatyczna dla innych. Mało wyraźna, gubi się w labiryntach emocji Józefa z pierwszego planu.

Adela
Bo we mnie jest seks – krzyczy Adela z kart książki. Seks, czyli władza nad mężczyzną, nad światem, nad życiem. I na dodatek używam jej świadomie. Wiem, że jestem silna i piękna. Ja Ewa Lubacz, grająca Adelę.

Józef
Chłopiec, który wspomina swoje dziecięctwo i młodość. Dla mnie to właśnie niedorosła optyka wyjaśnia magię „Sklepów cynamonowych”. To dzięki niej nie trzeba się bać, niepokoić, wszystko przyjmować takim, jakim się czyta. Józef z Kubusia (Karol Smaczny) to dojrzały facet o umysłowości dziecka, skrzywionej nadmierną ekscytacją. Studium szaleństwa? Szpital? Więzienie umysłu, umysł w więzieniu? Za dużo emocji. Ekran blednie.

Ptaki
Hitchcock?

Muzyka
Diaboliczna, mroczna, przerażająca. Dlaczego?

Piesek i but
Okruchy groteski. Schulz w czystej postaci.

Polska-Turcja 2, czyli różnice kulturowe
Pamiętam swój udział w warsztatach plastycznych w Kazimierzu nad Wisłą z grupą zagranicznej młodzieży. Pamiętam trudności w porozumiewaniu, tłumaczeniu idiomów, nieprzystawalność systemów językowych. Czy Schulz to w Turcji przetrwa?

Sklepy Cynamonowe i ja
Tylko Józef jest naprawdę. Za mocno. Reszta to cienie, ćmy, wizje. Tak naprawdę tego nie ma. To dziwne, bo byłam przekonana, że przynajmniej raz w tygodniu w Sklepach Cynamonowych robię zakupy.

Nie papierowe uczucia („Kukuryku na patyku, czyli o dwóch takich”)

Agnieszka Kozłowska-Piasta

("Projektor" - 4/2014)

Duzi wiedzą, co znaczy mieć dobrego przyjaciela. Często – niestety – wiedzą także, co dzieje się, gdy przyjaciel zdradzi, oszuka czy odejdzie. Mali na tę wiedzę muszą poczekać. Choć szkolne znajomości często przetrwają wiele lat, to codzienność tych przyjaźni jest czasami bardzo burzliwa. 

Fot. Bartek Warzecha
– Już jej nie lubię. Teraz siedzę z Zuzią, Marysią, Jankiem. Bo ona powiedziała… – takie relacje ze szkolnych ław rodzice słyszą dosyć często. Równie często i szybko okazuje się, że to już nieaktualne. Najnowsza i ostatnia premiera sezonu w kieleckim teatrze Kubuś „Kukuryku na patyku, czyli o dwóch takich” pozwala małym widzom popatrzeć z boku na taką dobrą, lecz burzliwą znajomość.

W iście europejskiej sztuce, bo napisanej przez Niemca Paula Maara, wyreżyserowanej przez Węgra Andrása Veresa, a zagranej przez kieleckich aktorów, nie ma fajerwerków. Kameralny nastrój – tylko trzech aktorów, skromna, choć niezwykle pobudzająca wyobraźnię scenografia – ściana brązowych kartonowych pudeł i pudełek – trochę ryzykownie, jak na współczesną nieletnią widownię. 

Cała opowieść to rozmowy dwójki ciekawych, trochę nierzeczywistych bohaterów – Kminka i Dezyderiusza. Nie wiemy dobrze kim są – klaunami, małymi zagubionymi w magazynie chłopcami, duszkami, stworkami czy może bezdomnymi mieszkającymi w dwóch ogromnych kartonach. Dezyderiusz (w tej roli Zdzisław Reczyński) jest zasadniczy, porządnicki, zarozumiały i przekonany o swojej wyższości nad Kminkiem (Małgorzata Sielska). Kmin to mały spryciarz, może nieco mniej rozgarnięty, ale za to z bujną i niczym nieograniczoną wyobraźnią. Obaj spędzają dnie na dziwnych zabawach, przepychankach i niestety – wzajemnym ubliżaniu sobie. Są dla siebie świniami, wielbłądami, krokodylami, obrażają się na siebie, co chwilę, ale widać, że bez siebie żyć nie mogą. Paplają jak najęci i wszędzie ich pełno.

Ich wzajemna symbioza ulega zakłóceniu, gdy na sceną wkracza obcy przybysz – ni to żołnierz, ni to robot (Andrzej Matysiak). Ma coś, czego nie mają nasi chłopcy – bęben zrobiony z pustej beczki i na dodatek potrafi maszerować. Chłopcy prześcigają się w pomysłach, jak przypodobać się obcemu, a ten doskonale wie, jak ich podejść. Każdemu z nich mówi dokładnie to, co chcą usłyszeć. Mami i kusi, buntując Kminka i Dezyderiusza przeciwko sobie. Obaj dostają to, o czym marzą – beczkowy bęben i darmowe lekcje maszerowania. Płacą jednak za to wysoką cenę. Dobosz jest zwykłym złodziejem, który wykorzystując ich niesnaski, kradnie im dwa wspaniałe kartony-skrzynie – ich mieszkania. Na szczęście – dzięki przyjaźni – Kminek i Dezyderiusz znajdują wyjście i z tej sytuacji, a Dobosz już nigdy im nie zagrozi.

Przedstawienie dzieje się w planie aktorskim. Sztuka nie oszałamia grą świateł, nowoczesną muzyką czy magicznymi teatralnymi sztuczkami, a opiera się jedynie na dialogach, więc to na aktorach spoczywa najtrudniejsze zadanie i trzeba przyznać, że naprawdę nieźle poradzili sobie z tym zadaniem. 

Bo jak inaczej opowiedzieć dzieciom o meandrach uczuć, kolorach sympatii, nastrojach i emocjach? A temu właśnie dedykowane jest „Kukuryku”. Tu nie ma miłości po grób, jednowymiarowej szlachetności, niewinności czy zła. Kminek i Dezyderiusz paplają jak najęci, obrażają się i przepraszają, są na siebie źli, wkurzeni, zazdrośni. Gdy odkryją oszustwo Dobosza – jest im przykro, źle, mają wyrzuty sumienia i przepraszają się nawzajem. Wydawałoby się, że wychowane w kulturze obrazkowej dzieciaki znudzą się tą ciągłą gadaniną. Tak jednak nie jest. Z uwagą śledzą przepychanki bohaterów, a co lepsze powiedzonka – jak moi ośmiolatkowie – powtarzają do znudzenia długo po wyjściu z teatru. Czy wyciągną wnioski, że nie warto się czubić i że razem zawsze raźniej? Miejmy nadzieję, że tak.

Uroda to pryszcz („Baśń o Pryszczycerzu i Królewnie Pięknotce”)

Agnieszka Kozłowska-Piasta
("Projektor" - 3/2014)
Jak wytłumaczyć dzieciom, że nie tylko wygląd ma znaczenie? Jak w dobie niezliczonych reklam, sklepów, programów o modzie, urodzie i operacjach plastycznych dać znać, że równie ważny, jeśli nie ważniejszy jest charakter, współczucie dla innych, pracowitość i uczciwość?
Fot. Bartek Warzecha

Tego trudnego zadania podjęła się z sukcesem jedna z najbardziej znanych i płodnych autorek sztuk teatralnych dla dzieci Marta Guśniowska. Nic dziwnego, że jej „Baśń o Pryszczycerzu i Królewnie Pięknotce” trafiła już do repertuaru kilku teatrów lalkowych w Polsce. Za sprawą kwietniowej premiery w Teatrze „Kubuś” mogą ją oglądać także nasi milusińscy.

W swojej baśni Guśniowska z wielką swobodą żongluje motywami bajkowymi, tworząc opowieść inną od tych, które maluchy znają z licznych książeczek czy programów telewizyjnych. Królewna zamiast dbać o wygląd postanawia się oszpecić, aby sprawdzić, który z kandydatów na jej męża kocha ją jedynie za wygląd. To ona wybiera sobie męża i decyduje się na rycerza, który z powodu pryszczy skrywa twarz pod przyłbicą. Co prawda wszystko kończy się szczęśliwie: ogromny nochal za sprawą czarów Wiedźmiły znika z twarzy królewny, a po zdjęciu przyłbicy okazuje się, że Pryszczycerz już nie ma problemów z cerą. Mimo to opowieść znacznie odbiega od utartych bajkowych schematów. 

Reżyserii „Baśni” podjął się Piotr Bogusław Jędrzejczak, znany z kilku realizacji w Teatrze im. Stefana Żeromskiego. Dzięki wsparciu scenografki Małgorzaty Gałaś-Prokopf, a także autorki muzyki dj-ki Digital PrinceZZ opowieść o szukaniu kandydata na męża dla najpiękniejszej królewny na świecie stała się także zabawną grą współczesną modą: tą muzyczną i tą tekstylną. Kostiumy aktorów przypominają współczesne stylizacje: jest hipster, hipsterka, rockman, raper, wielbicielka solariów i złotych ozdób, modelka prosto z pokazu haute cuture, a nawet blondynka przypominająca nieco przyblakłą obecnie, ale nadal rozpoznawaną Różową Królową Polskiego Popu. Stylizacje doskonale wspiera muzyka i piosenki zaklęte w dyskotekowe rytmy, rockowe brzmienie czy pozornie monotonną muzykę klubową. Pozostaje pytanie, czy ten music&dress code zostanie odczytany przez małych odbiorców. Dorośli z pewnością nie będą mieć z tym problemów. 

W tej zabawie modą i stylizacjami doskonale sprawdzają się aktorzy. Uzbrojeni w lalki muppety, przypominające ukochane plastikowe dziecięce klocki Lego, tworzą rysowane grubą kreską postaci. „Dodowata” Pięknotka Magdaleny Daniel balansuje pomiędzy szlachetnością a pozerstwem, Pryszczycerz Michała Olszewskiego to ziomal, który rap ma we krwi. Doskonale wypadły także animujące trzech kandydatów na mężów panie: Agata Sordyl (Baron Modniak) jako zafascynowana Marylin Monroe wielbicielka solariów i prostych rytmów, Jolanta Kęćko (Królewicz Piękniewicz) w pozach prawdziwej modelki i romantyczno-delikatna Beata Orłowska (Książę Bławatek). Ta ostatnia zauroczyła mnie jednak postacią Wiedźmiły – pewnej siebie dj-ki z modnego klubu. Nie można zapomnieć o Małgorzacie Sielskiej z duża lekkością zmieniająca osobowość podczas animacji nierozłącznej królewskiej pary rodziców Pięknotki, hipstera-błazna Zdzisława Reczyńskiego i rockmana Andrzeja Matysiaka, czyli Zbója Psuja.

Współczesna popkultura pokazuje, że każdy z nas – jeśli trafi w dobre ręce specjalistów od wizerunku i mody – może stać się Kopciuszkiem i – co najdziwniejsze – przez nową fryzurę czy ubrania lepiej dopasowane do figury może „zmienić swoje życie”. Dorośli często dają się na to nabrać, więc nic dziwnego, że w te bajki wierzą także dzieci. Kielecki Pryszczycerz i Pięknotka pomagają z nimi walczyć i robią to naprawdę nieźle.