Pokazywanie postów oznaczonych etykietą William Szekspir "Poskromienie złośnicy". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą William Szekspir "Poskromienie złośnicy". Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 lipca 2016

Złośnica ze Stepford (William Szekspir "Poskromienie złośnicy")

Agata Kulik
("Projektor" - 3/2014)
Ostatnia w tym sezonie premiera w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. „Poskromienie złośnicy” Williama Szekspira w reżyserii Katarzyny Deszcz. Jest to dramat dość ryzykowny ideologicznie, bardzo łatwo popaść – przy jego realizacji – w szowinistyczny ton.

Katarzyna Deszcz jako kobieta i feministka (mówimy tu o feminizmie w klasycznej jego formie, gdzie kobieta jest równa mężczyźnie, a nie równiejsza lub też jest niemalże mężczyzną), chciała tej pułapki uniknąć, ale czy do końca się to jej udało? Reżyserka twierdzi, że interesuje ją w tym dramacie Szekspira damsko-męski konflikt. Ścieranie się dwóch silnych, indywidualnych postaci, które w imię miłości i wzajemnej fascynacji w końcu idą na obopólny kompromis. Niestety tego wydźwięku w przedstawieniu moim zdaniem zabrakło.

Część pierwsza inscenizacji jest dosyć dobrze poprowadzona. Fakt – wyzwala (zwłaszcza w nas kobietach) silne emocje. Szokuje swoja brutalnością. Po raz pierwszy w teatrze uwiera mnie nagość bohatera, z którą przez tyle lat spotkałam się nieraz – przecież w o ile większej ilości – ale tu jest jakby niesmaczna. I myślę, że taki był zamiar, ma być właśnie taka, bo też Petruchio (Krzysztof Grabowski) tym gestem ostentacyjnie pokazuje, że ma wszystko właśnie w ordynarnych „czterech literach”. Ostania scena odjazdu nowożeńców jest skrajnie bulwersująca, ale zarazem świetnie zagrana. To, co dzieje się w teatrze upadla i upokarza tak naprawdę oboje małżonków: Katarzynę (Wiktoria Kulaszewska) z dość oczywistych względów, Petruchia – bo nie umie inaczej niż gwałtem i przemocą poradzić sobie ze swoją żoną. Potem siedzą naprzeciw siebie, w a tle pojawia się napis przerwa. Dzięki temu po brutalnej scenie, jesteśmy jakby zwieszeni wraz z bohaterami w kontemplacji nad tym, co się wydarzyło.

Niestety po przerwie spektakl staje się niekonsekwentny w stosunku do tego – jak się zdaję – co chciała osiągnąć reżyserka. Można domniemywać, że bohaterzy przełamują pierwsze lody, gdy zostają ze sobą sam na sam. Może gdzieś tam w ich sercu coś się zmienia. Może zdają sobie sprawę, że czegoś, co z pozoru dla jednego było wyzwaniem, dla drugiego pewnego rodzaju przymusem, wynika jednak pewna wzajemna fascynacja. Ale z dalszego ciągu wydarzeń wynika, iż Katarzyna zmienia się nie z powodu kompromisu w imię miłości, ale po prostu dla świętego spokoju. – Ok, chcesz żebym mówiła na słońce księżyc? Niech Ci będzie. Mnie wszystko jedno, przynajmniej Ty robisz wtedy to co, ja chcę – zdaje się mówić swą postawą Kasia. I to wydaje mi się totalnym zaprzeczeniem wzajemnego szacunku.

Lepiej poprowadzona jest scena ze staruszkiem, kiedy Kasia wchodzi niejako w konwencję, po prostu drwi razem ze swym mężem z rzeczywistości, widzi w tym zabawę. Niestety zaraz potem następuje jej monolog, w którym wygląda jak idealna żona – robot ze Stepford, prezentowana przez swojego męża zgromadzonym, niczym rasowa klacz na wybiegu i tu już zabawy konwencją moim zdaniem zabrakło. I nie zmienia nawet tego końcowy monolog z zamianą ról, swoją drogą dosyć mało czytelny. Choć trzeba przyznać, że sama rola Kasi jest o tyle dojrzała, że jej złość wynika z niezgody na zastaną rzeczywistość, nie jest w tym wcale histeryczna i to wydaje się być wielkim plusem tej inscenizacji.

Atutem spektaklu jest gra aktorska. Na szczególną uwagę zasługują Dominik Nowak oraz Artur Słaboń – grający, co prawda epizod, ale jak zawsze w jego przypadku dobrze dopracowany.