niedziela, 31 lipca 2016

Suspens kontra śmiech (Peter Cooley „Wrócę przed północą”)

Agata Kulik
("Projektor" - 1/2016)
Sztuka kanadyjskiego dramatopisarza Petera Cooleya „Wrócę przed północą” w reżyserii Mirosława Bielińskiego, to kolejna propozycja – w tym sezonie – Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Jest to, również pierwsza premiera wystawiona podczas kadencji nowego dyrektora teatru Michała Kotańskiego. Jednak spektakl ten, został jeszcze zawczasu zapisany w kalendarzu, przez nieżyjącego dyrektora Piotra Szczerskiego.

„Wrócę przed północą” reklamowany jest na plakacie jako „horror/ komedia”. To opowieść o Jeny (Ewelina Gronowska), która wraca ze szpitala psychiatrycznego by się zregenerować i odpocząć przy boku nieporadnego na pozór, męża-naukowca (Łukasz Pruchniewicz). Pobyt w teoretycznie zacisznym domku na pustkowiu oraz przyjazd ociekającej seksapilem siostry męża (Beata Wojciechowska), okażą się jednak nie najlepszym sposobem na ukojenie skołatanych nerwów. Młodzi wynajmują dom od wieśniaka George’a Willowby’ego, ta świetnie zagrana drugoplanowa rola Janusza Głogowskiego, skradła chyba cały spektakl. Tekst Cooleya, aż się prosi o nawiązania do stylu Alfreda Hitchcocka czy słynnych teatrów „Kobry”. W ostatnich scenach trup ścieli się gęsto, a i po drodze nie brakuje opowieści o duchach, morderstwach i dziwnych wypadkach. Bieliński specjalizuję się w komediach i tak też podszedł do tego dramatu.

Moim zdaniem, jeżeli mówimy o horrorze czy thrillerze to na scenie zabrakło trochę wyciszenia, które spotęgowało by wrażenie strachu. Dzięki takim zabiegom faktycznie można by osiągnąć spektakl grozy. Stworzyć ciekawe przedstawienie o zabarwieniu kryminalnym z elementami komedii. U Bielińskiego proporcje zostały odwrócone. Poprowadził on grę aktorów bardziej w stronę farsy, groteski. Wszystko działo się szybko, mocno, czasem było wręcz przerysowane. W kieleckim „Wrócę przed północą” miejsce suspensu zajął śmiech, ale podobno trudniej kogoś naprawdę rozśmieszyć, niż solidnie przestraszyć. Czy ta sztuka się reżyserowi udała, warto sprawdzić samemu.

Znakomita scenografia, trochę w klimacie kryminałów Agathy Christie, zaprojektowana została przez Bożenę Kostrzewską. Stworzyła ona angielskie wnętrze, w mrocznych kolorach gdzie dominują przybrudzone niebieskawe barwy. Metaforycznego oblicza scenografii nadaje fakt, że góry patrzą na nas poustawiane wypchane zwierzęta. Jakby mówiące, że z każdego człowieka może wyleźć zwierzę, jednoczenie świdrujące bohaterów swoimi plastikowymi oczkami. Gra świateł wyreżyserowanych przez Paulinę Góral sprawia, że nadają one swoisty klimat całemu przedstawieniu. Na uwagę zasługuje też plakat do spektaklu, zaprojektowany przez Ewelinę Gronowską, który swoją stylistyką nawiązuje do plakatów filmowych sprzed lat, z czasów popularności mistrza suspensu Alfreda Hitchcocka i czwartkowych teatrów „Kobry”.

Mimo moich zastrzeżeń – jeśli ktoś ma ochotę na lekki, niezobowiązujący spektakl – „trochę się pośmiać i trochę wytaszczyć”, to „Wrócę przed północą” będzie to propozycja właśnie dla niego.

Obnażenie (Wystawa Leszka Mądzika)

Agnieszka Kozłowska-Piasta
("Projektor" - 6/2015)
Od 45 lat maluje teatralne obrazy, jak sam określa „światłem na czarnym blejtramie”. Pochodzi stąd, tu mieszkał, uczył się i jest przekonany, że także to ukształtowało jego artystyczną drogę. Twórczości, osobowości prof. Leszka Mądzika, jednego z najważniejszych polskich twórców teatralnych, poświęcona jest najnowsza wystawa w kieleckim BWA. 

Fot. Wojciech Habdas
„Dotyk przemijania” nie jest retrospektywą czy muzealno-artystyczną dokumentacją artystycznych osiągnięć Mądzika i prowadzonego przez niego teatru. Po pierwsze przy tak ogromnym materiale historycznym – spektaklach, podróżach, nagrodach Sceny Plastycznej KUL byłoby to niemożliwe. Po drugie – próba przeniesienia teatru (nawet, gdy jest to teatr plastyczny) do sal galerii – chyba nie może zakończyć się powodzeniem. Dlatego przygotowując wystawę starano się wypreparować to, co plastyczne z tego, co u Mądzika teatralne. Ten zabieg przede wszystkim obnażył to, co w Scenie Plastycznej KUL najbardziej tajemnicze – rekwizyty, lalki, maski, konstrukcje, kostiumy, które niknąc w mroku spektaklu czy rozmywając się w niewyraźnym, niedookreślonym świetle, mamią oko, zapewniając widzom niezwykłe, magiczne doświadczenia estetyczne. 

Wystawę podzielono na trzy części. W pierwszej można obejrzeć zdjęcia zrobione przez prof. Mądzika podczas licznych wypraw po całym świecie. Zdjęcia nie są dokumentacją podróży, ale raczej interpretacją świata dokonaną przez artystę. Autor dostrzega drobiazgi, detale codzienności, kultury, egzotycznych tradycji i miejsc. Zamykając je w kadry nadaje im dodatkowe znaczenia, chroni przed zapomnieniem, nieważnością. Wiele z nich staje się potem inspiracją do kolejnych twórczych działań teatralnych.
Drugą część stanowią plakaty, przede wszystkim do spektakli Sceny Plastycznej KUL, ale także licznych wydarzeń, przeglądów teatralnych, a nawet akcji społecznych. Dzięki tej bogatej reprezentacji można się przekonać, że Mądzik to nie tylko szef swojej autorskiej sceny teatralnej, ale baczny obserwator ważnych wydarzeń teatralnych w Polsce i na świecie. W swojej działalności nie zamyka się na świat i środowisko, realizując projekty plakatów do spektakli, przeglądów w teatrach repertuarowych, czy awangardowych jak duński Odin Teatret Eugenia Barby. Co ciekawe, zwięzłość, prostota i bogata kolorystyka pomysłów plakatowych stoją w opozycji do rozbudowanych wizualnie, bogatych obrazów, jakimi profesor karmi widzów podczas swoich spektakli.

Trzecią, najbogatszą część wystawy zajmuje teatr: zdjęcia ze spektakli, makiety scen oraz elementy scenografii ułożone w instalacje, oddające podstawowe znaczenia i sensy przedstawień: wiarę w Absolut, szukanie sensu w przemijaniu, przyglądanie się jak przez mikroskop ludzkiemu życiu, starzeniu się, odchodzeniu i umieraniu. Przestrzeń podzielono na część jasną i ciemną. W tej pierwszej uwagę przykuwa impresja ze spektaklu „Bruzda”. Ludzkie embriony wyrastają z pachnącej, ciemnej ziemi, aby trafić na taczki ludzkiego losu. Nad tą jednokierunkową drogą góruje Opatrzność, Bóg, Gwarant Sensu, w którego Leszek Mądzik wierzy niezachwianie. Pod ścianami stoją manekiny, papierowe półmaski, czasami z premedytacją zasłaniające kolejne fotografie. Część mroczną ciemną, opanowało przemijanie: lalki manekiny pokazujące stopniowy rozkład ciała, siedzące przy stoliku w towarzystwie kolejnego symbolu przemijania: czarnego kruka. 

Podczas wernisażu Leszek Mądzik nazwał tę ostatnią część ekspozycji „obnażeniem teatru”. W krótkiej przemowie wymieniał swoje fascynacje teatrem Jerzego Grotowskiego z czasów „Apocalipsis cum Figuris” czy Tadeusza Kantora z doby „Umarłej klasy”. Odarcie z teatralnej magii, pokazanie z bliska elementów scenografii doskonale obroniło się w świecie plastyki, galerii sztuki. Wzbudziło zainteresowanie nie tylko plastyczną, ale i teatralną czy techniczną stroną spektakli Sceny Plastycznej KUL. Pozwoliło zajrzeć za zasłonę, odkryć rąbek tajemnicy, jak technicznie tworzy się te uniwersalne, ginące w mroku obrazy, które w odbiorze stają się często jedynie przeczuciem, wrażeniem, niezwykle emocjonalnie działającym na widzów.

„Dotyk przemijania” przybliża teatralność Sceny Plastycznej KUL, ale przede wszystkim przybliża ich malarza – Leszka Mądzika, obnaża jego fascynacje, odsłania osobowość i nieprawdopodobną wyobraźnię.

Młodzi zrzucili maski ("Podróż - Kierunek - Teatr" 2015)

Katarzyna Szychowska

("Projektor" - 6/2015)

Fot. Marcin Michalski
Podróż w nieznane, czyli… dokąd? W głąb siebie, w świat własnych emocji, marzeń, pragnień. Tę niecodzienną wędrówkę zaproponowali kieleckim uczniom organizatorzy VIII edycji projektu edukacji teatralnej „Podróż – kierunek – teatr”. W czasie zajęć uczestnicy mieli okazję zobaczyć cykl etiud Kieleckiego Teatru Tańca „Opowiedziane ruchem”, a także wziąć udział w warsztatach zorganizowanych w Domu Kultury „Zameczek”. Efekty swej pracy prowadzonej pod kierunkiem instruktorów zaprezentowali 22 października na scenie w Sali Kameralnej.

Na scenariusz pierwszej etiudy „Podróż za horyzont” złożyły się własne przemyślenia uczestników warsztatów. Jak podkreślił instruktor, teatrolog Bartłomiej Miernik, głos młodych okazał się na tyle mocny, że postanowili wspólnie stworzyć spektakl o nich samych. W tym celu zastosowali technikę verbatim, której istotą jest wygłaszanie ze sceny dosłownych cytatów z autentycznych wypowiedzi. Tak powstała wiarygodna opowieść o codziennych problemach, marzeniach, a zwłaszcza emocjach. W większości kwestii aktorów, bardzo mocno wybrzmiał lęk przed utratą indywidualności w środowisku szkolnym, w którym liczą się rankingi, najwyższe oceny, a przede wszystkim akceptacja w grupie rówieśniczej. Chcąc zyskać aprobatę kolegów i koleżanek, młodzi ludzie próbują się do nich upodobnić, choć w głębi serca wyznają inne wartości. Doprowadza to do swoistej unifikacji, którą wyraziście podkreśliły proste stroje uczestników (białe T-shirty i czarne spodnie). Prostota przejawiała się również w ruchu scenicznym i gestach, ponieważ to nie forma estetyczna była tutaj najważniejsza, lecz sama treść. Jej uwypukleniu służyło nie tylko szczere wyrażanie uczuć, lecz także operowanie przenośnią (np. porównanie szkolnego „wyścigu szczurów” do ćwiczeń na lekcji wychowania fizycznego). Ciekawym zabiegiem było też wykorzystanie elementów kultury popularnej i wydobycie z nich elementu pozytywnego – jak przesłanie piosenki znanego zespołu Nickelback „Na co czekasz”. Jej brzmienie w końcu spektaklu miało oznaczać swoiste uwolnienie się ze schematu.

Pod czujnym okiem Małgorzaty Ziółkowskiej, tancerski i choreografa, powstała krótka forma sceniczna „Jesienne wiadomości”. Aktorzy – uczniowie I Społecznego Gimnazjum im. Mikołaja Reja w Kielcach, Gimnazjum nr 2, II LO im. J. Śniadeckiego i Zespołu Szkół Przemysłu Spożywczego – przy użyciu naturalnych gestów, tańca i muzyki stworzyli prostą, a zarazem wymowną opowieść wykorzystującą motyw jesieni. Ta pora roku, uobecniona na scenie przez utwór Antonio Vivaldiego, a także charakterystyczne elementy scenografii (kolorowe liście), zazwyczaj kojarzy się z czasem poważnych, a nawet przygnębiających refleksji. Tymczasem młodzi twórcy przełamali ten stereotyp, przekazując publiczności z lekkością i humorem pozytywne komunikaty-porady: „Nie poddawaj się!”, „Bądź radosny!”, „Spotykaj się z ludźmi!” Podobnie jak w pierwszej etiudzie, tak i tu posłużono się rekwizytami współczesności – laptopem, telefonem komórkowym, ulotkami czy gazetą.

Jako ostatni wystąpili uczniowie I Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, którzy pod kierunkiem instruktora, studenta reżyserii teatralnej, Sebastiana Krysiaka, opracowali spektakl oparty na utworze dramatycznym „Własne miejsce” autorstwa Zuzanny Ciosmak, jednej z uczestniczek warsztatów. Bohaterowie tej historii tak desperacko pragną znaleźć sens istnienia, że stają się… przedmiotami codziennego użytku – ścianą, krzesłem, oknem, dywanem. Wypełniają one świat stworzony przez Chłopca, który marzył o odbyciu lotu w kosmos. Niestety terror wprowadzony przez Człowieka Galaretkę, który chcąc ukryć swój strach, demonstruje siłę i pozbywa się obywateli nieprzydatnych społeczeństwu. Ład i porządek w „surrealistycznym pokoju” stara się zaprowadzić Człowiek, wyznaczając ścisłą granicę za pomocą ściany. Tę dramatyczną sytuację uwięzienia, w szczególny sposób wyraziła niecodzienna technika przekazu. Wydarzenia rozgrywały się za płachtą pełniącą funkcję ekranu, na którym wyświetlano film ze spektaklu nagrywany „na żywo”, za pomocą kamery umieszczonej po zasłoniętej stronie sceny. Pod koniec przedstawienia kurtyna podniosła się – wtedy bohaterowie przekonali się, że nie są sami, a ich zakłopotanie wywołało komiczny efekt. Był to także element pomysłowej gry z widzem. We „Własnym miejscu” młodzi twórcy zwrócili uwagę na kondycję moralną współczesnego nastolatka, który ma poczucie, że jest nikim, lecz nie robi nic, by ten stan zmienić. Mimo tej smutnej konkluzji aktorzy nie popadli w melancholijne „odrętwienie”. Według Sebastiana Krysiaka celem warsztatów nie był końcowy pokaz, ale uruchomienie ekspresji, ujawnienie skrywanych, niekiedy niedorzecznych uczuć i przekształcenie ich w artystyczną formę. Miało to pomóc w przełamaniu pesymistycznej wymowy utworu.

Uczestnictwo w VIII edycji projektu „Podróż – kierunek – teatr” okazało się rodzajem poznania. Umożliwiło nastolatkom wyrażenie prawdy o sobie, nauczyło niełatwej sztuki okazywania uczuć, a co za tym idzie, pomogło zrzucić szare maski przeciętności.

Jak leczyć cybermanię? (Rocznica Teatrzyku Mimo To)

Agata Kulik
("Projektor" - 6/2015)
„Teatrzyk Mimo To” to kielecki zespół pantomimy, w którym grają dzieci niesłyszące i niedosłyszące. Dlaczego nazywa się Mimo To? Czy dlatego, że dzieci, które w nim występują, robią to na przekór przeszkodzie, jaką jest brak słuchu? Myślę, że była by to dla nich nieco krzywdząca interpretacja. 

„Teatrzyk Mimo To”, to teatr nad wyraz dojrzały, świadomy scenicznie. Podczas ich spektakli nie widać zmagań z materią. Wydaje się, więc, że robią to na przekór innym, bo ja na scenie nie zauważyłam w nich żadnych ograniczeń.

„Teatrzyk Mimo To” powstał dziewięć lat temu i mieści się przy Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Niesłyszących i Słabosłyszących w Kielcach. Ma on na swym koncie sporo nagród i wyróżnień. Ostatnio przedstawieniem pod tytułem „Piotruś Pan” wygrał, po raz czwarty, Ogólnopolski Przegląd Teatrów Dzieci i Młodzieży z Wadą Słuchu. Przegląd ten odbywa się cyklicznie w Szczecinie na deskach Teatru Lalek „Pleciuga”.
Teatrem na co dzień opiekują się panie Małgorzata Kardasińska-Kolasa oraz Magdalena Kuta. To one tworzą adaptacje, reżyserują i projektują scenografię do przedstawień. 

Teatr pantomimy to specyficzny rodzaj teatru. Tu ważne są emocje, ruch, gestykulacja.
– Nasi aktorzy są często, sami z siebie, bardzo ekspresyjni. Język migowy, którym się posługują, to przecież język gestów, ruchu ciała. Dlatego jest to poniekąd dla nich pewne ułatwienie. Zmysł słuchu zostaje u nich zastąpiony umiejętnością przekazywania informacji za pomocą swojego ciała – mówi Małgorzata Kardasińska-Kolasa – adaptując scenariusz mamy przed oczami konkretnych członków naszego zespołu, ich specyfikę ruchu, która dla każdego z nich jest inna, charakterystyczna, niemal jak barwa głosu dla aktora w tradycyjnym teatrze. 

Po raz kolejny, zostałam w Kielcach miło teatralnie zaskoczona, oglądając spektakl „Kleks kontra cybermania”. „Teatrzyk Mimo To” swym występem uświetnił obchody 25-lecia Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Niesłyszących i Słabosłyszących. Podczas przedstawienia pomyślałam, że w zasadzie stałym miejscem tych aktorów powinien być raczej Teatr Lalki i Aktora „Kubuś” (gdzie również prezentowali „Kleksa” – red.). Nad wyraz dojrzały teatr dla dzieci, zagrany przez dzieci. 

Spektakl „Kleks kontra cybermania” pokazuje dwie postawy – Dziewczynki (Daria Szewczyk) zaczytanej w książkach i Chłopca (Bartek Jańczak) grającego ciągle w gry komputerowe, którego nie obchodzi zupełnie jakikolwiek obszar życia poza cyberprzestrzenią. Próby zaciekawienia go przez Dziewczynkę bajkami kończą się fiaskiem. Do akcji wkracza wiec, ktoś kto miał większe doświadczenie z wychowaniem niesfornych chłopców – Pan Kleks (Kamil Ziętek). Niestety zabiegi i starania Pana Kleksa wydają się bezskuteczne. Szereg przyprowadzonych chłopcu postaci z bajek nie wzbudza w młodym cybermaniaku najmniejszego zainteresowania. Jedynie na chwile, uznanie w oczach Chłopca zdobywa piękna Esmeralda (w tej roli Żaneta Panowicz). Ale dziewczyna zauroczyła go tylko na króciutką chwilę, tak jak ulotne bywają młodzieńcze zauroczenia. Na Chłopca nie działała szarpanie za uszy Pipi (Joanna Więckowska) ani nawet coraz to nowe czary Pana Kleksa. Okazuje się, że jednak na wszystko sposób, w tym wypadku to po prostu brak prądu, który sprawia, że młodzieniec daje się przeciągnąć na dobrą stronę mocy – na stronę wyobraźni. 

„Kleks kontra cybermania” to nie tylko spektakl o wyższości czytania nad graniem w gry komputerowe. To przedstawienie o braku komunikacji i braku rozwijania wyobraźni. Wszystko można mieć dziś podane na tacy, ale zbyt proste rozwiązania rozleniwiają, tworząc pokolenia myślące szablonowo, niezdolne wyjść często poza schemat. To przedstawienie proste i zrozumiale dla przeciętnego widza, ale jednocześnie mądre w przekazie i nie pozbawione humoru. Salwy śmiechu wśród publiczności wzbudziła perfekcyjnie wykonana rola Kaczki Dziwaczki. Arkadiusz Czyż zagrał ją z dystansem godnym podziwu dla nastolatka pokazując jednocześnie swój profesjonalizm.

Dziewczyna z piłką (Wystawa fotografii teatralnych)

Paweł Pierściński
("Projektor" - 6/2015)
Najbardziej ulotna ze sztuk – teatr przemija wraz z zakończeniem spektaklu. Przedstawienie zapisuje się w pamięci widzów oraz jest rejestrowane przez fotografów i filmowców.

Szczególną funkcję pełni fotografia: utrwala wybrane momenty, dramatyczne sytuacje, portrety psychologiczne i gesty aktorów, a także zachowania publiczności. Fotografia teatralna jest trudnym rodzajem fotoreportażu, wymagającym wiedzy, opanowania rzemiosła oraz umiłowania prawdy scenicznej. Tomasz Kozłowski ukochał teatr, a swoje uczucia ulokował w Teatrze im. Stefana Żeromskiego. Jako motto wystawy w galerii w Bazie Zbożowej, przyjął hasło witające widzów kieleckiej sceny: Do teatru nie wchodzi się bezkarnie (Tadeusz Kantor). Z tego oczarowania zrodziła się ważna wystawa jubileuszowa 15-lecia pracy twórczej autora, będąca formą osobistej interpretacji przekazu ze sceny i kreacją obrazu.

Te fotografie to przede wszystkim emocje. Pięknie upozowana scena parady dziewcząt ubranych w różowe kostiumy z dużymi piłkami w dłoniach („Mój niepokój ma przy sobie broń”) znajduje kontynuację w znakomitym występie Dagny Dywickiej, artystki ubranej w różowy kostium, leżącej na dużej gumowej kuli („Guliwer 3”). W pamięci widza szczególnie zapisują się sceny zbiorowe – znakomity, pełen dynamiki portret 6 aktorów („Kordian – upadłe anioły”).

Dla Tomasza Kozłowskiego najważniejsi są aktorzy. Fotograf tworzy galerię portretów z upodobaniem, uczuciem i profesjonalnym znawstwem. Twarze aktorów, bez śladów pozowania, uchwycone „w akcji”, przywołują najlepszy rodzaj reportażu. Również portrety wykonywane w garderobie, przedstawiające artystów przygotowujących się do występów, z charakterystycznym makijażem i akcesoriami (Joanna Kasperek czy Dawid Żłobiński). W gronie aktorów występuje przedwcześnie zmarły reżyser i współtwórca osiągnięć kieleckiego teatru Piotr Szczerski, z mikrofonem lub z nożycami krawieckimi („Piotr Szczerski – cenzorem ???”). Teatr nie może istnieć bez widzów, co znalazło wyraz w jedynym zdjęciu widowni (z zasłoniętą kurtyną) i aktorem leżącym na proscenium.

Tomasz Kozłowski kocha teatr i utrwalając jego ulotne obrazy w fotografii, bez przesady może stwierdzić, że „Teatr mój widzę ogromny”.

Esej z podziałem na sceny (Marek Mikos, Z butami do nieba. Piotra Szczerskiego teatr życia i śmierci (1953-2015)

Agata Kulik
("Projektor" - 6/2015)
W październiku w ramach obchodów „40 lat teatralnej drogi Piotra Szczerskiego” odbyła się premiera książki Marka Mikosa „Z butami do nieba. Piotra Szczerskiego teatr życia i śmierci (1953-2015)”. Książka to próba przedstawienia sylwetki, zmarłego w maju, wieloletniego dyrektora i reżysera kieleckiego Teatru im. S. Żeromskiego.

Pierwotnie miał to być wywiad-rzeka, przeprowadzony przez wieloletniego przyjaciela – Marka Mikosa, dyrektora TVP Kielce, recenzenta „Gazety Teatralnej”, ale kiedy przyszło do realizacji projektu, okazało się, że Szczerski ma już tak zaawansowaną chorobę, że przeprowadzenie wywiadu przestało być możliwe. Powstała więc książka-hołd, złożony dyrektorowi przez autora i zaangażowane w powstanie tego wydawnictwa Stowarzyszenie Przyjaciół Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach.

Ta biografia, a właściwe może bardziej rodzaj eseju, została napisana w konwencji sztuki teatralnej z podziałem na prolog, akty i epilog. Na samym końcu autor dodał od siebie, do tego dramatu, bonus poświęcony Szczerskiemu – w formie przypominający, znany czytelnikiem „Gazety Teatralnej” – „Mikosa Elementarz Teatralny’’. „Z butami do nieba” utrzymana jest w specyficznym dla Mikosa stylu, z jego charakterystycznym poczuciem humoru.

Autor starał się przedstawić sylwetkę zmarłego dyrektora w jak najbardziej szczery sposób (co nie znaczy jednak obiektywny), pokazując jego zalety, ale nie uciekając od jego licznych wad. Bowiem po śmierci, wszyscy zaczęli przedstawiać go niemal jak „świętego teatralnego”, zapominając, że większości (delikatnie to ujmując) nie było z nim zawsze po drodze. Mikos jako pierwszy próbuje zdjąć nieco tej świętości i wspaniałości z jego wizerunku, przedstawić Szczerskiego jako człowieka z krwi i kości. Czytając „Z butami do nieba’’, oczami wyobraźni widzę pana dyrektora Piotra, jak z zaświatów, stoi nad piszącym przy biurku Marku Mikosie, szepcząc do ucha treść dzieła o sobie samym.

Uważam jednak, że niepotrzebne są zwarte, w tej książce miejscami nadmiernie patetyczne fragmenty i zwroty. Wnoszą bowiem one pewien dysonans, zwłaszcza w zestawieniu ze zbyt prywatnymi sprawami dyrektora (nie dotyczącymi teatru, ani wydaje się, nie mających również pośrednio nań wpływu). Co sprawia, że „Z butami do nieba” miejscami ociera się o stylistykę tabloidu. Ukazując jednocześnie, że książka była pisana w zrozumiałym, aczkolwiek wielkim pośpiechu.

Natomiast możemy niewątpliwie znaleźć tu wiele wartościowych informacji dotyczących twórczości Piotra Szczerskiego. Jedna z najciekawszych, dla mnie części, tej książki dotyczy okresu krakowskiego, czyli działalności teatru Judasz i Teatru 38 oraz inspiracji Szczerskiego Schaefferem, Beckettem. Również początki kierowania sceną w Kielcach, wnoszą wiele w moje osobiste postrzeganie twórczości dyrektora.

Na pewno wszyscy zainteresowani kieleckim teatrem powinni przeczytać „Z butami do nieba. Piotra Szczerskiego teatr życia i śmierci”, książka oddaje bowiem między wierszami, ducha kieleckiej sceny.

Marek Mikos, Z butami do nieba. Piotra Szczerskiego teatr życia i śmierci (1953-2015), s. 124, Stowarzyszenie Przyjaciół Teatru im. Stefana Żeromskiego, Kielce 2015.

Uwięziona hrabina (Jolanta Janiczak "Hrabina Batory")

Agata Kulik
("Projektor" - 6/2016)
Pierwsza w tym sezonie premiera w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach odbyła się pod szyldem Kobieta pisana mężczyzną, ciałem i historią w języku teatralnego recyklingu. „Hrabina Batory” Jolanty Janiczak w reżyserii Wiktora Rubina, bo niej mowa, to ostania cześć tryptyku, w skład którego wchodzą „Joanna Szalona, Królowa” oraz „Caryca Katarzyna”.

Tryptyk ten zainspirowany został historycznymi postaciami kobiet i ich obsesjami, natręctwami. W „Joannie” duet Rubin – Janiczak porusza tematykę obsesyjnej miłości, w „Carycy” – władzy. „Hrabina Batory” zaś, to przedstawienie o pragnieniu wiecznej młodości/ niezgodzie na starość, o uwięzieniu w wytworzonym wizerunku i niemożności wyjścia poza narzucony (często samemu sobie) schemat. Ten stan faktycznej niezgody na siebie, powoduje frustracje, od których trudno się uwolnić.

Hrabina Elżbieta Batory, arystokratka węgierska zwana Krwawą Hrabiną z Čachtic lub „wampirem z Siedmiogrodu”, według legendy pragnąc zatrzymać młodość, zabiła w okrutny sposób 650 dziewic, aby pozyskać ich krew, która miała być swoistym eliksirem młodości. W kieleckim przedstawieniu nie znajdziemy jednak za wiele z okrutnych praktyk hrabiny Elżbiety. Janiczak i Rubin raczej śledzą, poddają analizie procesy, które zachodziły w bohaterce. Interesują ich bardziej jej frustracje, migreny i narastające depresje, niż okrucieństwo i deprawacja.

W porównaniu do poprzednich części tryptyku, Janiczak w „Hrabinie Batory” inaczej skonstruowała formę dramatu. Brak w tym spektaklu fabuły-opowiedzenia historii, tak jak w Joannie, czy Carycy. Historia grała tam pewną rolę, tu jest raczej zmarginalizowana. Sama postać Elżbiety Batory to tylko pretekst do rozważania, symbol, a „Hrabina Batory” to w zasadzie monolog z podziałem na kwestie.

Spektakl podzielony jest na 33 rozdziały, których tytuły zostały zaczerpnięte z książki Georgesa Vigarella „Historia urody. Ciało i sztuka upiększania od renesansu do dziś.” Bo tak naprawdę Janiczak i Rubin mówią o tym, że w dobie „terroru piękna” 650 dziewice, to w rzeczywistości 650 poprawki naszej urody.

Janiczak zestawiała postać Hrabiny (Agnieszka Kwietniewska) z bajkową niewinnością Królewny Śnieżki, granej przez 6-letnią Bognę Żłobińską. Bo w gruncie rzeczy, kim innym jest Elżbieta, pragnąca być najpiękniejsza, jeśli nie ucieleśnieniem macochy-czarownicy z baśni? Śnieżka w pierwszej scenie zjada jabłko skazując się tym samym na śmierć, od której nie ma dla niej ucieczki w zamku Elżbiety.

Hrabina Batory to kobieta pogrążona depresji/ melancholii niezdolna do działania, do pełnego odczuwania poza strachem (?). Strachem przed upływającym czasem, którego nie da się zatrzymać (projekcja – video), który działa tylko na jej niekorzyść.

Przedstawienie wydaje się być swoistym monologiem, nawet nie monologami, a właśnie monologiem. Głosem kobiety, uwięzionej w gorsecie oczekiwań: świata wobec niej i jej wobec świata. Przytłoczonej dążeniem do ideału piękna, które jako nieodłączny atrybut przypisuje się kobiecie. Wpojone ideały urody i wręcz genetycznie zaprogramowanie do bycia pięknym, wiąże się z wewnętrzną niezgodą na obecny stan rzeczy. Kobiety w wieku 33 lata (wiek chrystusowy) powinny umierać – słyszymy. Kobieta stara jest brzydka, po prostu brzydka.(…) Kobiety są piękne, gdy są młode. Potem już nie.

Kobiety robią się tylko stare, grube i pomarszczone. (…) Nie powiedziałam, że nie pięknieją, tylko, że brzydną – mówi Violet Weston w „Sierpień w hrabstwie Osage”. Wydaje się ze niejako te słowa brzmią cały czas z tyłu głowy bohaterek spektaklu.

Sami sobie zadajemy tortury próbując dopasować się, nasze ciało do ustalonego – wymyślonego przecież kanonu piękna. Rubin przedstawia więc Doricze (Ewelina Gronowska), która zachęca Elżbietę do torturowania jej na przyrządach gimnastycznych – aluzja do bycia fit, czy Doricze wiecznie objadającą się – bulimiczkę. Anna (Dagna Dywicka), próbuje na zapas młodość i piękność uwiecznić poprzez zapis: zdjęcia, filmy, plakaty, sławę. Klara – świetnie zagrana przez Joannę Kasperek, która już osiągnęła słuszny wiek, próbuje zagłuszyć teraźniejszość, a to wspomnieniami, a to mocnymi wrażeniami. Anna, Elżbieta i Klara to jakby studium postaci w różnych etapach życia, ale zmagającej się z przemijaniem.

Zamknięcie w schemacie, w wykreowanym wizerunku nie dotyczy tylko kobiet. Ferenc jako jedyny „prawdziwy mężczyzna” w spektaklu, również nie może wyzwolić się od przypisanej mu roli walecznego zdobywcy/ obrońcy. Jednoczenie widzi dezaktualizację swojej postawy, ale nie umie się jej przeciwstawić. Napisać siebie na nowo. Wszyscy w „Hrabinie” zderzają się z własną niemocą i frustracją. Aby dać tym uczuciom ujście, na końcu spektaklu, aktorzy wchodzą w interakcje z widzem, rozdając im kije bejsbolowe i tym samym dając możliwość wyładowania narosłych emocji. Spektakl jest bardzo plastyczny, co jest zasługą m.in. Mirka Kaczmarka odpowiedzialnego z światła i scenografię oraz Jolanty Janiczak i Hanny Maciąg, które zaprojektowały kostiumy. Uwagę zwraca również przepiękny plakat do tego spektaklu, który jednocześnie pokazuje starzenie się, przemijanie i walkę z nim. „Hrabina Batory” to spektakl wart zobaczenia.