niedziela, 31 lipca 2016

Karuzela życia i śmierci z trumną w tle („Wszyscy chcą żyć” Hanocha Levina)

Agata Kulik
("Projektor" - 2/2016)
Lunapark, karuzela, wesołe miasteczko z jednej strony, to wszystko łączymy z zabawą, rozrywką. Z drugiej strony to sceneria, która często kojarzy nam się z grozą, adrenaliną, a nawet horrorem. Karuzela zaś, to często synonim życia, które się kręci tak szybko, że zdajemy nie widzieć albo zapominać o ważnych sprawach oraz o tym, że kiedyś się kończy.

W takiej scenerii umiejscowił właśnie swój spektakl Dawid Żłobiński, który dramatem „Wszyscy chcą żyć” Hanocha Levina zadebiutował na kieleckiej scenie Teatru im. Stefana Żeromskiego, tym razem jako reżyser. Sztuka izraelskiego dramaturga miała jednocześnie w Kielcach swoja polską prapremierę, która głośno odbiła się echem w mediach, a to m. in. za sprawą konkursu związanego z przedstawieniem, w którym do wygrania jest trumna. Nagroda kontrowersyjna – być może dlatego, że w naszej kulturze o śmierci się nie rozmawia, nie wywołuje się wilka z lasu, tym bardziej ze śmierci się nie śmieje, czy nie żartuje.

Jak można się spodziewać spektakl jest o śmierci, a może raczej o bezwarunkowej chęci życia. Ile razy narzekamy na nasze życie, ile razy powtarzamy, że nie ma sensu, najczęściej z błahych powodów. Hrabia Pozna (w tej roli Krzysztof Grabowski) też z życia był niezadowolony. A wszystko to z powodu musztardy dijon, a w zasadzie z powodu braku musztardy dijon, zamiast której musiał spożyć sarepską.

Sytuacja diametralnie się zmienia, gdy zjawia się Pod-Anioł Śmierci (Edward Janaszek) – wtedy sarepska wydaje się być najwspanialszą musztardą, ba nawet bez musztardy jedzenie wydaje się być wyśmienite. Cóż w spektaklu Pozna ma czterdzieści parę lat, w oryginale Levina pięćdziesiąt, niby nieduża różnica, lecz dla niektórych wydaje się kolosalna. 40 lat to jeszcze młodzieniec, dla innych 50 lat to już starzec. Co ciekawe granice te przesuwają się wraz z naszym wiekiem. Widać to doskonale, kiedy Hrabia rozmawia ze swoimi rodzicami o umieraniu. Czemu tak się dzieje? Bo żyjemy jak Hrabia Pozna – uciekamy od śmierci, żyjąc jakby nie dotyczyła tylko nas.

Tak jak Hrabia, kiedy przyjdzie wiadomość o końcu nieuchronnym, człowiek próbuje się układać ze śmiercią. Hrabia wytargował, iż może w ciągu trzech dni znaleźć za siebie zastępstwo. Zadanie to wydało mu się nad wyraz proste. Przecież tylu ludzi nienawidzi swojego życia, tylu ludzi go kocha, no a w końcu przecież ma pieniądze – na pewno znajdzie się wielu chętnych, nie tylko jeden. Niestety okazuje się, że jednak jak to mówi Pozna: Cóż za tragedia, wszyscy chcą żyć! Okazuje się, że życie dla każdego ostatecznie ma nieocenioną wartość, nawet dla tych, którzy umrą za chwilę, dla starych, kalekich i niedołężnych. Żłobiński przedstawia wszystkie te postacie niczym swoisty danse macabre – ludzi półżywych, półumarłych. Wirujących na karuzeli, ale nie chcących z niej zejść. Te drugoplanowe role były naprawdę świetnie zagrane, a sceny zbiorowe były, jak dla mnie, najlepszymi w całym spektaklu. Wraz z muzyką na żywo nieocenionego zespołu Tempero przenosiły w fantasmagoryczny, upiorny, ale jakże prawdziwy świat.

Hrabia Pozna nie daje za wygraną i upokarza się na różne sposoby, by zastępstwo za siebie znaleźć – pokazuje jak wiele może człowiek znieść, by tylko żyć, ale czy życie bez jaj ma sens? Dla Pozny mimo wszystko ma.

Moim zdaniem był to udany debiut Dawida Żłobińskiego w nowej roli, choć i jego aktorska cząstka, w postaci kreacji służącego Bamba, była godna uznania. Bardzo przypadła mi do gustu scenografia – mroczna, symboliczna zaprojektowana przez Hannę Szymczak. Role drugoplanowe – perfekcyjne. Pomysł z muzyką na żywo, był również trafiony w dziesiątkę. Klezmerski zespól z Krakowa – Tempero wprowadził do spektaklu niezapomnianą atmosferę i stanowił jakość samą w sobie.

Premierze towarzyszyła też, kontrowersyjna już od paru lat, wystawa zdjęć z kalendarza producenta trumien „Lindner”. Seksowne półnagie kobiety pozujące przy trumnach, jednych szokują i obrażają. Innym mówią, że wszystko to jest również częścią naszego życia, częścią, o której nie chcemy pamiętać, ale może warto się z nią oswoić, bo jest naturalna i nieuchronna.

Sens życia według Gęsi („A niech to gęś kopnie”, „W butach. Kot w butach”)

Agnieszka Kozłowska-Piasta
("Projektor" - 2/2016)
Fot. Bartek Warzecha
Po co się żyje? Czy to, co nam się przytrafia naprawdę ma sens? Czy można zrezygnować z siebie i swojej przyszłości? Takie pytania zadają sobie z pewnością – przynajmniej od czasu do czasu – wszyscy dorośli. Czy da się o tym ciekawie opowiedzieć dzieciom? To niełatwe zadanie postawiła sobie królowa polskiej dramaturgii dziecięcej Marta Guśniowska, tworząc „A niech to gęś kopnie”. Historia przypadła do gustu dyrektorowi Robertowi Drobniuchowi, który przeniósł opowieść na deski sceny teatru „Kubuś”.

Główną bohaterką, a raczej antybohaterką opowieści jest zniechęcona do życia, świata i własnej poetyckiej twórczości Gęś. Niezrozumiana przez kurzą resztę podwórka, pogrążona w samotności i czarnej rozpaczy, postanawia skończyć swój marny żywot i ofiarować się Lisowi na kolację. Ten – jak to u Guśniowskiej bywa – działa wbrew baśniowym i przyrodniczym schematom i Gęsi odmawia. Ta nie rezygnuje – gdy Lis zamyka jest drzwi, wchodzi oknem, a właściwie lodówką. Rudzielec, aby pozbyć się niechcianej towarzyszki, nie zostawia jej bez pomocy – razem z nią wędruje do Wilka, który podobno ochoczo zgadza się na takie propozycje, nawet wtedy, gdy kolacja zapowiada się chudo i żylasto.

Tekst skrzy się dowcipami i żartami, Guśniowska żongluje stereotypami, dowolnie je zmieniając i przekształcając. W tej wyjątkowo karkołomnej konwencji – w końcu mówimy o dowcipnej historii o depresji – doskonale sprawdzają się wszyscy aktorzy. Agata Sobota stworzyła kreację niezwykle dramatycznej w gestach, damulkowatej, ale upartej i odważnej Gęsi. Partneruje jej pocieszny, sympatyczny, trochę mało sprytny Lis Michała Olszewskiego. Niedźwiedź (Andrzej Kuba Sielski) jest elegantem popijającym herbatkę, Narrator (Błażej Twarowski) agresywnym „dziennikarzyną” szukającym na siłę sensacji, a Wydra (Beata Orłowska) ma w kontrakcie straszenie pasażerów, których przewozi na drugą stronę rzeki.

Co prawda nie wszystkie błyskotliwe dialogi są czytelne dla małych widzów, ale i oni nie nudzą się na spektaklu. Wszystko za sprawą dobrej, bogatej, niezwykle pomysłowej inscenizacji. Każda część spektaklu rozgrywana jest w innej konwencji teatralnej. Mamy więc teatr cieni, duże, małe średnie, wypukłe i płaskie lalki, mamy postaci zbudowane z kilku części, wielkie plansze pozwalające na dowolne przekładanie namagnesowanych części bohaterów oraz rekwizytów. Dekoracje zmieniają się błyskawicznie, podsycając zainteresowanie i ciekawość dziecięcej widowni. Autorką tej wyjątkowej scenografii jest Katarzyna Pielużek. Atmosferę podgrzewa także muzyka Sambora Dudzińskiego, doskonale komponująca się ze stroną plastyczną i dynamiką spektaklu.

„A niech to gęś kopnie” to sprawnie napisana i zrealizowana opowieść, która można polecić i małym i dużym. Ci pierwsi zachwycą się dynamiką, stroną plastyczną i muzyczną. Dorosłym przypomni, że sensu życia nie da się pożyczyć, trzeba odnaleźć go samodzielnie, a na dodatek czasami dzieje się to przez czysty przypadek.

Koci PR

Co zrobić, gdy zostaje się prawie pominiętym w spadku? Jak zdobyć szczęście i ustawić się w życiu? Zwykle bajki i baśnie pokazują szlachetnych, uczciwych bohaterów, którzy swoją odwagą i pracowitością „zarabiają” na nagrodę. Charles Perrault w klasycznej baśni pokazuje, że cel da się osiągnąć inaczej. Wystarczy ekstrawagancki i gadający kot, który na dodatek chodzi w butach i jego spryt, skłonność do konfabulacji oraz umiłowanie do oszustw. 

Tę właśnie – niejednoznaczną edukacyjnie – baśń o kocie w butach wystawił na deskach teatru „Kubuś” Piotr Ziniewicz. Reżyser i autor tekstu ubrał opowieść we współczesny kostium – aktorzy mówią zgrabnym, rymowanym napisanym przez Ziniewicza tekstem, a miejscem akcji jest śmietnisko jakiejś metropolii, a nie baśniowa kraina. Kotu daleko do bajkowego zwierzątka w czerwonych butach z cholewkami. Jest przystojnym, postawnym elegancikiem w garniturze w panterkę, skrywającym gołą klatę i przypomina agenta służb specjalnych 007 Jamesa Bonda. Co prawda na nogach ma zużyte trampki swojego pana Janka, ale kto dostrzeże takie szczegóły, zauroczony kocią pewnością siebie i wrodzonym czarem. Na dodatek tak wspaniale dba o wizerunek swojego właściciela. Grający tę rolę Zdzisław Reczyński doskonale oddał charakter i postawę tego agenturalnego kocura.

Nic dziwnego, że kot jest taki, skoro musi umieć poruszać się w miejskiej dżungli, w której dostępu do króla (Andrzej Skorodzień), obwieszonego symbolami cwaniactwa i tandety, czyli złotymi łańcuchami, bronią agenci ochrony w czarnych okularach i garniturach (Ewa Lubacz i Jolanta Kęćko). Gdzie królowa mdleje lub je zbyt dużo (Małgorzata Oracz), a jej córka, królewna Klaudynka (Magdalena Daniel) nie rozstaje się ze smartfonem i robi selfie w każdych okolicznościach, podkreślając przy okazji swą ważną pozycję na portalach społecznościowych. Gdzie ucztę robi się przy grillu, zamiast karocą podróżuje się samochodem, zboże kosi nie kosą, a ogrodowymi kosiarkami do trawy. W takim środowisku zwykły kot z bajki nie dałby rady.

Na przeciwległym biegunie do tego pustego, tandetnego, plastikowego świata pozostaje właściciel kota Janek (Błażej Twarowski). Szlachetny i niezaradny, aż do bólu, czeka gdzieś pomiędzy miejskimi śmietnikami, aż kot zrealizuje swój plan. Nie ma nic do powiedzenia i nie potrafi o siebie zadbać. Nawet złowioną przez kota rybę kradnie mu okrutny i przerażający Czarnoksiężnik. Gdy koci agent doprowadza plan do końca nawet wtedy Janek nie potrafi głośno zaprotestować, że metody zdobycia bogactwa, ręki królewny i zachwytu króla są nie do końca uczciwe. Zostaje zakrzyczany, poddaje się jak zwykle, bez walki i płynie na fali zrobionego przez kota solidnego PR-u. 

„W butach. Kot w butach” ma niewątpliwe walory inscenizacyjne. Spektakl toczy się wartko, akcja wzbudza zachwyt dziecięcej widowni dodatkowo wciąganej do tańców, udziału w plebiscycie na popularność mleka, pomocy w złapaniu kuropatwy – prezentu dla króla. Bondowskie klimaty doskonale podkreśla także muzyka skomponowana przez Sebastiana Kalińskiego, który zręcznie wplótł w linię melodyczną fragmenty największych przebojów z filmów o agencie 007.

Wątpliwości budzi jednak przesłanie opowieści. Co prawda kot rozprawił się ze złym czarownikiem, który terroryzował okolicę, ale zrobił to jakby mimochodem, tylko po to, aby osiągnąć zakładany przez siebie cel – zdobyć zamek dla swojego pana. Co prawda Janek protestuje przeciwko kocim krętactwom, ale niezbyt energicznie. Na dodatek agentki przekonują dziecięcą publiczność, że przecież dzięki kłamstwom kota stało się wiele dobrego. Czy „W butach. Kot w butach” to pochwała oszustw i nieuczciwości? A może próba pokazania, że współczesne bycie na świeczniku nie może się bez nich obejść? Obawiam się jednak, że młodym widzom będzie trudno go odczytać. Przecież często to właśnie dla nich „bycie znanym i bogatym” jest jednym z najskrytszych marzeń, bo tak trudno odróżnić im prawdziwą wartość i zalety od celebryckiego blichtru. Na szczęście mroki kociego PR mogą pomóc rozjaśnić rodzice. Ale tylko pod warunkiem, że sami nie popierają panoszącego się współcześnie cwaniactwa.

Warsztaty w teatrze, teatr w warsztacie (10 lat życia teatralnego w Bazie Zbożowej)


Agnieszka Kozłowska-Piasta
("Projektor" - 2/2016)
Gdy dziesięć lat temu dawne budynki milicyjne na ulicy Zbożowej trafiły w ręce i pod kuratelę stowarzyszeń i fundacji trudno było sobie wyobrazić tam jakąkolwiek działalność.
 
Fot. Wojciech Habdas
Pomieszczenia biurowe straszyły odrapanymi ścianami i wystającymi z nich kablami, toalety praktycznie nie nadawały się do użytku. Hale pachniały starym smarem, brudem, rdzą i opuszczeniem. Ze ścian łuszczyła się farba, trzeba było patrzeć pod nogi, aby przypadkiem nie wpaść w jakimś niezabezpieczony kanał. Było ciemno, zimno, trochę strasznie.

Na drodze do teatru…

Mimo to, ta przestrzeń dawała wielka nadzieję. Wzorem innych miast opuszczone hale fabryczne miały stać się miejscem alternatywnej kultury, tyglem sztuk wszelakich, na które w miejskich instytucjach kultury do tej pory miejsca nie było. Naprawiana i przerabiana własnym sumptem przestrzeń stopniowo zmieniała nie tylko wizerunek, ale i znaczenie. Olbrzymie przestrzenie podzielone na mniejsze – warsztatowe, lakiernie, garaże, kanały zaczęto nazywać galeriami, pracowniami, salami ćwiczeń, studiami, pracowniami plastycznymi czy muzycznymi i wreszcie salami teatralnymi. Choć docierało się do nich przez ciągle opuszczone i niezagospodarowane wielkie hale, to po przekroczeniu linii, bramy, drzwi czy odsłonięciu kotary wkraczało się do strefy autorskiej wypowiedzi muzycznej, plastycznej czy teatralnej. Choć architektonicznie nadal pachniało prowizorką, już wtedy w „Bazie” można było uczestniczyć w wyjątkowych wydarzeniach, być świadkiem ogromnych dalekosiężnych planów i prób ich realizacji, choć – trzeba przyznać – dokonywanych często już z mniejszym rozmachem. Nie wszystkie w ogóle udało się dokończyć. Do skutku nie doszedł planowany przez Grzegorza Artmana Teatr Magellana i Galeria Gatunki Sferyczne.

Tym się udało…
Innym poszło znacznie lepiej. W Bazie Zbożowej od wielu lat działają teatr Ecce Homo i – krócej, ale także intensywnie – Teatr Zbożowy. Zespoły znacznie różnią się od siebie. Ecce Homo to najpoważniejszy i najbardziej doświadczony alternatywny zespół teatralny naszego miasta, który lada moment świętować będzie 20-lecie istnienia. Teatr Zbożowy Fundacji Studio TM to coś w rodzaju teatralnej akademii. Dorota i Artur Anyżowie przy współpracy z innymi artystami prowadzą równolegle kilka zespołów teatralnych dla małych i większych, kładąc nacisk nie tylko na formę artystyczną tworzonych przedstawień, ale także na terapię przez sztukę.

Ecce Baza

W drugiej połowie 2007 r. w starej spawalni samochodowej oddano pierwszą wyremontowaną salę teatralną, którą zasiedliło Stowarzyszenie Artystyczne „Teatr Ecce Homo”. Było to jedno z pierwszych pomieszczeń ukończonych pod klucz w Bazie Zbożowej. Ten sukces teatr z pewnością może zawdzięczać menadżerce i kierownikowi artystycznemu zespołu Annie Kantyce-Greli. Już w oczekiwaniu na tę przestrzeń zespół Ecce Homo próbował i organizował warsztaty na Zbożowej. Na stronie teatru można znaleźć zdjęcia z prób do „Don Juana” prowadzonych w wielkiej pustej hali. Za rekwizyty służyły młodym aktorom fotele z zardzewiałego autobusu kryjącego się na tyłach Bazy Zbożowej. Gdy wyremontowano ich prawdziwą przestrzeń nastąpiła prawdziwa zmiana siedziby. Z nieteatralnej, choć gościnnej sali gimnastycznej kieleckiego „plastyka” zespół przeniósł się do pachnącej nowością i przystosowanej specjalnie dla nich sali prób i spektakli. Ta przeprowadzka stała się jednocześnie symbolicznym zwrotem w rozwoju teatru. Wszystko dzięki nawiązanej współpracy z aktorem, autorem wielu monodramów i absolwentem Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy Marcinem Bortkiewiczem. Zespół Ecce Homo zaczął mierzyć się z literaturą z najwyższej półki. „Wybraniec” – groteskowa opowieść o średniowiecznym grzechu powstała w oparciu o prozę Tomasza Manna i „Gesta Romanorum”. „Padamme, padamme” – to sceniczna wersja „Oddziału chorych na raka” Aleksandra Sołżenicyna. Potem przyszła pora na Bergmana i jego „Personę”, tekst współczesny Piotra Rowickiego „Tinky Winky”, „Łaskawe” Jonathana Littella (przedstawienie „Grosse Action”), „Sukkubę” według „Solaris” Stanisława Lema i inspirowany filmami Bergmana, Antonioniego i Felliniego „Vattane!”. Reżyser ze słupskiego teatru Rondo Stanisław Miedziewski uzupełnił repertuar m.in. o „Gracza” Fiodora Dostojewskiego i „Don Juana” Moliera.

Repertuar osiągnięć

W ciągu dziewięciu lat „zasiedzenia” Bazy Zbożowej Ecce Homo wyprodukowało aż szesnaście spektakli. Wiele z nich na stałe weszło do repertuaru zespołu i cyklicznie, co kilka miesięcy są pokazywane publiczności. Na zespół posypał się także deszcz nagród na ogólnopolskich przeglądach teatralnych, m.in. I nagroda na Festiwalu Małych Form Teatralnych w Ostrołęce za „Personę”, Grand Prix XX Ogólnopolskiej Biesiady Teatralnej w Horyńcu Zdroju i XI Ogólnopolskiego Festiwalu Teatrów Amatorskich „Garderoba Białołęki” w 2009 roku za „Padamme, padamme”, dwie nagrody na II Ogólnopolskim Festiwalu Teatrów Studenckich w Warszawie w lipcu 2012 roku: za spektakl i nagroda reżyserska dla Marcina Bortkiewicza za spektakl „Grosse Aktion”. Nagradzano reżyserię, spektakle, kreacje aktorskie, swoje wyróżnienia dawała także festiwalowa publiczność z różnych konkursów. Teatr docenił także aktor Jan Nowicki, który w 2013 roku współpracował z Ecce Homo przy spektaklu „Łagodna” według opowiadania Fiodora Dostojewskiego. Zachwycony pracą i umiejętnościami grupy podarował czek na 10 tys. złotych. Młodzi aktorzy zaprezentowali się także na festiwalu Fringe w Edynburgu w 2008 roku, sześciokrotnie pokazując publiczności „Padamme, padamme”.

Zapuszczone korzenie
Ecce Homo zmieniło się przez te dziewięć lat nie do poznania. Gdy opuszczali salę „plastyka” byli grupą młodych ludzi z otwartymi sercami, szczerością i chęcią artystycznej wypowiedzi, którymi pokrywali niewielkie umiejętności sceniczne i reżyserskie (młodzi ludzie często samodzielnie reżyserowali swoje scenariusze). Teraz są zespołem teatralnym z prawdziwego zdarzenia i mimo, że często borykają się z problemami finansowymi (na festiwal w Edynburgu zgromadzili tylko połowę kwoty, więc byli zmuszeni skrócić swój pobyt), mają dużo doświadczenia i coraz większe umiejętności, które – dzięki swojej solidnej bazie lokalowej – mogą w dowolnym rytmie, na dowolnych zasadach szlifować i pielęgnować. Swoje sceniczne obycie i umiejętności stale rozwijają dzięki licznym organizowanym w Bazie Zbożowej warsztatom prowadzonym przez artystów, m.in. Marka Kościółka i kontaktom z innymi zespołami, choćby Teatrem Kapitalnym z Ciekot.

Baza alternatywy

Ecce Homo rozwija skrzydła nie tylko jako zespół teatralny, ale także jako centrum promocji alternatywnej kultury teatralnej w Polsce. Od lat piętnastu stowarzyszenie organizuje Przegląd Teatrów Alternatywnych, a przestrzenie Bazy Zbożowej mogą gościć grupy teatralne z całej Polski, choćby poznański duet „Porywacze ciał”, teatr Nikoli z Krakowa, słupskie Rondo, teatr Wiczy z Torunia, warszawską Academię, Starą ProchOFFnię. W mieście, gdzie przyjezdne spektakle to głównie farsy i komedie to rzecz nie do przecenienia. Choć przeglądowi coraz częściej towarzyszą wystawy, czasami koncerty i inne wydarzenia, to – patrząc na rozwój i siłę Ecce Homo – chciałoby się w Kielcach w Bazie Zbożowej zobaczyć legendy polskiej sceny kiedyś nieinstytucjonalnej, dawno u nas nie widziany Teatr Ósmego Dnia czy Biuro Podróży lub produkcje niezwykle ciekawej i inspirującej Komuny Warszawa i skupionych wokół niej artystów i tancerzy.

Pełną parą w teatr

O ile Ecce Homo jest ustabilizowaną formacją teatralną, o tyle Teatr Zbożowy to twór ulegający dynamicznym przemianom, zgodnie z charakterem i temperamentem jego założycieli Doroty i Artura Anyżów. Fundacja Studio TM działa na Zbożowej od 2009 roku. Głównym projektem jest właśnie teatr, miejsce artystycznej pracy dla czterech równolegle prowadzonych zespołów teatralnych dzieci i młodzieży. Najmłodsi aktorzy chodzą do przedszkola czy pierwszych klas szkoły podstawowej, najstarsi – niedługo będą pisać maturę i próbować swych sił podczas egzaminów do szkół teatralnych. Każdy zespół pracuje oddzielnie, choć zdarzają się i wspólne projekty.
Teatr Zbożowy także może pochwalić się swoją przestrzenią, choć nie tak ukończoną i wypieszczoną jak w przypadku Ecce Homo. Ze względu na ilość zajęć, zadań i działań są zmuszeni wykorzystywać kompletnie nieteatralną scenę klubu „Kotłownia”.

Nie tylko Baza

Teatr Zbożowy daje średnio pięć premier rocznie, także może pochwalić się licznymi nagrodami na przeglądach teatralnych zwłaszcza dla dzieci i młodzieży poniżej 18 roku życia., choćby dwoma nagrodami i dwoma wyróżnieniami na XXXI Ogólnopolskich Konfrontacjach Teatrów Młodzieżowych Centrum w Łodzi w 2013 roku za „Serenadę” Mrożka. Zespół nie boi się trudnych wyzwań poważnej literatury. Wśród premier są m.in. II część „Dziadów”, „Balladyna”, „Obłęd”, „Dawid Rubinowicz”, „Opowieść wigilijna”, a nawet średniowieczne „Kazania świętokrzyskie”. Anyżowie nie ograniczają swojej działalności do Bazy Zbożowej. Prowadzą grupy teatralne w Piekoszowie, Chęcinach, domach dziecka, aktywizując np. emerytów, bezrobotnych, młodzież i dzieciaki.

Otworki i przemijanie

To jednak nie jedyna działalność Fundacji. Z powodzeniem realizują projekty o tematyce żydowskiej – choćby wspaniałe warsztaty poświęcone fotografii otworkowej zakończone wystawą „Żydzi wrócili” prezentowaną w Bazie Zbożowej. Najprymitywniejszy aparat posłużył do zrobienia zdjęć dawnych mieszkańców Kielc we współczesnej przestrzeni. Współpracują z innymi stowarzyszeniami i organizacjami. Latem ubiegłego roku wspólnie ze Stowarzyszeniem Oczy Szeroko Otwarte realizowali projekt poświęcony… przemijaniu. O starości i śmierci, emeryturze, blaskach i cieniach przemijania dyskutowała młodzież z sześciu europejskich krajów. Swoje spostrzeżenia zaprezentowali podczas artystycznego finału w klubie „Kotłownia”.

Inna przestrzeń Teatru

Zespół nie boi się dziwnych przestrzeni – spektakli ulicznych czy występów w galeriach handlowych, bibliotekach, w halach sportowych czy szkolnych korytarzach. Raz do roku prezentuje swoje osiągnięcia na gościnnych deskach teatru „Kubuś”. Pamięta o rocznicach, wyjątkowych dniach, jak choćby o Dniu Pamięci o Ofiarach Holokaustu. Choć sami założyciele fundacji uciekają od szufladkowania swojej działalności, walory terapeutyczne ich pracy są z pewnością nie do przecenienia. Praca nad spektaklem daje szansę nie tylko na rozwinięcie zdolności aktorskich, sprawności czy emisji głosu. Jest też szansą na naukę zespołowości, odpowiedzialności za partnerów, uczy dyscypliny, otwartości, sprzyja nazywaniu i kontrolowaniu swoich emocji i odkrywaniu własnej wrażliwości. Pokazuje inny świat, wielu daje szansę na oderwanie się od szarej smutnej codzienności, pozwala uwierzyć we własne siły i poczuć się kimś ważnym, wyjątkowym.

W gościnie w Bazie

Aby dopełnić obraz teatralnej działalności Bazy Zbożowej nie można zapominać o niezbyt częstych, lecz wyjątkowych wydarzeniach teatralnych. Krótkotrwała inicjatywa Kieleckiego Centrum Kultury, jaką był Przegląd Teatralny „Forma” zaowocowała wspaniałą wizytą. Po raz pierwszy i jedyny jak na razie w Kielcach w 2007 roku gościł Teatr im. Modrzejewskiej. W Bazie Zbożowej zespół z Legnicy, uznawany wtedy za jeden z lepszych teatrów w Polsce, pokazał „Dziady” w reżyserii Lecha Raczaka.

W pustej hali Bazy Zbożowej swój spektakl pokazali także Joanna Kasperek i Grzegorz Artman. „Hotel pod Aniołem” z udziałem mieszkańców DPS przy ul. Jagiellońskiej został sfilmowany i stał się częścią dokumentu prezentowanego potem na festiwalu „Nowe horyzonty”. Zaczątki swojego pantomimicznego, niezwykle wzruszającego przedstawienia pokazał aktor z „Kubusia” Andrzej Kuba Sielski.
Nie można zapominać także o kolejnych edycjach Off Fashion i konkursowych pokazach mody w Bazie Zbożowej, które – trzeba przyznać mają w sobie całkiem sporą szczyptę teatru.

Resume

Czy pierwsza dekada Bazy Zbożowej była teatralnie udana? Z pewnością tak. Każdy z działających tam zespołów podąża własną ścieżką realizując kolejne plany i zamierzenia. Dzięki Ecce Homo istnieje tam właściwie teatr repertuarowy. Dzięki Studiu TM – pełną parą hula edukacja i to na wielu szczeblach i w wielu zakresach. Organizowane są warsztaty teatralne, muzyczne, przybliżane teatralne techniki, jak choćby pantomima. Ogromne hale dają możliwość pokazania i zrealizowania właściwie każdej produkcji teatralnej. Niestety – czego najbardziej żałuję – te możliwości Bazy Zbożowej wykorzystywane są najmniej. Może w następnym dziesięcioleciu? Tego mieszkańcom tego wspaniałego miejsca życzę z całego serca.

To nie muzeum (Wywiad z dyrektorem Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach)

Agata Kulik
("Projektor" - 1/2016)
Z Michałem Kotańskim, reżyserem, autorem adaptacji „Dziejów grzechu” w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, a od listopada dyrektorem placówki – rozmawia Agata Kulik.

– Jest Pan reżyserem, dlaczego zdecydował się Pan zostać dyrektorem? Dlaczego wybrał Pan właśnie Kielce?
– Myślę, że jestem po prostu na takim etapie swojego życia, na którym to była dobra decyzja. Mam już doświadczenie pracy w różnych teatrach: od Narodowego Starego Teatru, po teatry w Warszawie oraz w średnich i małych ośrodkach. Wydaje mi się, że mam tę praktyczną wiedzę, która pomaga kierować teatrem i to jest akurat ten moment, kiedy mam na tyle siły, żeby się z tym wyzwaniem zmierzyć. Chcę sprawdzić, czy będę się w tym spełniał. Mam już wydeptane swoje teatralne ścieżki, wiem, czego się mogę spodziewać w wielu sytuacjach – a taka zmiana powoduje, że człowiek dostaje nowe życie, nową tożsamość. Jest sama w sobie ekscytująca. A dlaczego Kielce? Inicjatywa wyszła tak naprawdę ze strony teatru; to stąd przyszło zapytanie, czy nie chciałbym startować w konkursie. Tu dobrze pracowało mi się z zespołem, miałem doświadczenie z tą sceną.
– Czy nie boi się Pan, że praca dyrektora, nowe obowiązki, wpłyną na Pana pracę artystyczna jako reżysera?
– Trochę się boję po tych pierwszych dwóch tygodniach (śmiech), ale cały czas dostaję propozycje zrobienia jakiegoś spektaklu, więc myślę, że będę z nich korzystał. Są też przykłady dyrektorów, którzy reżyserują i wychodzą im obie te rzeczy. Mam nadzieję, że mnie też to się uda. Zresztą, żyjemy w świecie, który daje nam dużo możliwości, a co za tym idzie, wymaga od nas dużej elastyczności. To nie te czasy, kiedy było się przywiązanym do jednego zwodu. Trzeba korzystać z tego, co przynosi życie. Tak stało się ze mną w tym przypadku. W nieoczekiwany sposób, bo przecież jeszcze w czerwcu, po śmierci Piotra Szczerskiego, nie myślałem, że będę startował w konkursie na dyrektora tego teatru. Reasumując, mam nadzieję, że jest to do pogodzenia, a czy tak będzie – czas pokaże.
– Piotr Szczerski zaplanował Panu część sezonu teatralnego, a jak Pan sobie wyobraża repertuar tutaj w Kielcach? Wiadomo, że jest to jedyny tego typu teatr w województwie – czy jest to ograniczeniem, a może wręcz przeciwnie?
– Williamowi Gaskillowi po objęciu dyrekcji The Royal Court Theatre zadano pytanie o to, jaki ma program. Odpowiedział: program to ludzie. Oczywiście szukamy wyrazistych propozycji, które mówiąc jedynym wspólnym w dzisiejszych czasach językiem – zdobędą rynek. Teatry w Polsce radzą sobie z tym różnie. Ostatnio modne są na przykład programy tematyczne. Niestety jakoś tak się niezręcznie dzieje, że dosyć często skutkiem ubocznym ich realizacji okazuje się utrata widowni. Ambitne programy, budowane w oderwaniu od widza czy od miejsca, jak na razie częściej stają się dowodem resentymentu ich twórców, niż wizytówką teatru. Wydaje się, że w tej pracy, przede wszystkim ważne jest rozważne dobieranie ludzi, którzy będą tu tworzyć. Chciałbym pracować z artystami, co do których mam zaufanie i przekonanie, że mają coś wartościowego do powiedzenia, że mierzą się rzeczywiście z czymś dla nich istotnym. W drugiej kolejności dobierać z nimi tematy i teksty. Chciałbym wprowadzić też nowe działania teatralne, mam pewne plany, ale nie chcę ich zdradzać. Powiem o nich dopiero wówczas, kiedy będę wiedział, że uda się je zrealizować i że będą na nie pieniądze. W „Guardianie” czytałem niedawno artykuł o tym, jak tamtejsi dyrektorzy teatrów radzą sobie z docieraniem do nowej i zróżnicowanej publiczności. Jeden z dyrektorów podkreślił, że codziennie powinno się myśleć o tym, kogo zaprasza się do współpracy. To wydaje mi się ważne. Mniej ważne wydaje mi się obsługiwanie lokalnych resentymentów i realizacja programów, które nie mają przełożenia na to, co dzieje się wokół.
– Co Pan zmieni w kieleckim teatrze?
– Jest część rzeczy, które już zmieniam, ale to zmiany od kuchni i wolałbym, żeby tam pozostały. Na pewno chciałbym zająć się tak oczywistymi rzeczami, jak np. zmiana strony internetowej. Trzeba moim zdaniem, wejść również trochę intensywniej w nowe media, Internet, aby dotrzeć do młodej widowni, która ucieka z teatrów.
– A co się stało z kapeluszem Mrożka? Zniknął z foyer. To dla niektórych był relikt, dla niektórych relikwia. Nie bał się Pan go ruszać?
– Moim zdaniem było to potrzebne i odebrałem dużo pozytywnych sygnałów z tym związanych. Po prostu było oczekiwanie na zmiany, również te dotyczące kapelusza. A co się z nim stało? Prawdopodobnie jest na górze, w bibliotece. Potem podejmę decyzję, co z nim zrobić dalej. Wolałabym, żeby to był żywy teatr. Nie muzeum Mrożka czy Piotra Szczerskiego, tylko miejsce żywo reagujące na to, co jest wokół.
– Czy ma Pan swojego mistrza teatralnego?
– Wywodzę się z krakowskiej szkoły, w której byliśmy zderzani z pracą wielu mistrzów i ze skrajnie różnymi sposobami myślenia o teatrze. Z jednej strony był Krystian Lupa, zwracający uwagę na wrażliwość danej osoby, z drugiej strony był Bogdan Hussakowski, który zwracał uwagę na warsztat. Po latach widzę, że dużo nauczyłem się u Jerzego Golińskiego, Mikołaja Grabowskiego, Rudolfa Zioło, Tadeusza Bradeckiego, Jerzego Jarockiego, Andrzeja Seweryna. Miały też na mnie wpływ moje osobiste podróże po Europie i teatralne spotkania po studiach – zobaczyłem tam inne podejście do prób, do teatru. Myślę, że od każdego ze swoich nauczycieli brałem coś, co było dla mnie inspirujące w danym momencie; ale u każdego też widziałem pewne potknięcia, które są częścią procesu twórczego. Ja, jako reżyser, przeglądam się w tym.
 – Czyli, jednym słowem, bierze Pan od nich to, co najlepsze?
– Staram się.
– Patrząc na Pana spektakle można je podzielić na wczesną twórczość, w której dominowały dramaty współczesne Ravenhilla, Sali i obecną – kiedy Pan zwrócił się ku klasyce, a nawet formom epickim. Skąd wynika ten podział? Czy, zdaniem Pana, klasyka opisuje lepiej dzisiejszą rzeczywistość? A może jest bardziej pojemna?
– Pamiętam jak krytyk teatralny Grzegorz Niziołek zapytał się na początku mojej pracy w teatrze, kiedy będę robić klasykę. Powiedziałem mu, że muszę do tego dorosnąć. Mam wrażenie, że „Polaroidy” i dramaty, które wtedy realizowałem, nadal świetnie opisują rzeczywistość, może nawet lepiej teraz niż wtedy, kiedy dopiero wchodziliśmy w kapitalistyczną rzeczywistość, niewiele z niej jeszcze rozumiejąc. Natomiast w ostatnich latach odzywa się moja przekora. Od jakiegoś czasu są tematy, które zawłaszczyły polskie teatry, które stały się modne. Przypuszczam, że te teksty, które zacząłem wybierać, bardziej epickie i nazwijmy je „klasyczne” – są reakcją na to, że ja nie chcę biec razem z innymi w teatralnym wyścigu szczurów.
– Czyli boi się Pan „zaszufladkowania”?
– Nie myślę o tym w ten sposób. Zacząłem się chyba po prostu trochę nudzić w polskim teatrze. To znaczy, intelektualnie bywa on dla mnie ciekawy, ale coś, co jeszcze parę lat temu był odkrywcze i świeże – stało się martwą konwencją. Myślę, że moje wybory repertuarowe z ostatnich lat, to sposób poszukiwania swojego miejsca. Szukania poza eksperymentami, które stają się trochę jałowe, ucieczką przed radykalizmem, który jest tylko towarem na eksport, a nie wynikiem jakieś drogi artystycznej. Kiedy po raz kolejny widzę przekroczenie, które nie jest przekroczeniem, a wyobrażeniem o nim, to uciekam do takich autorów jak Molier, Tołstoj, Mann czy Żeromski.
– Dziękuję za rozmowę.

Suspens kontra śmiech (Peter Cooley „Wrócę przed północą”)

Agata Kulik
("Projektor" - 1/2016)
Sztuka kanadyjskiego dramatopisarza Petera Cooleya „Wrócę przed północą” w reżyserii Mirosława Bielińskiego, to kolejna propozycja – w tym sezonie – Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Jest to, również pierwsza premiera wystawiona podczas kadencji nowego dyrektora teatru Michała Kotańskiego. Jednak spektakl ten, został jeszcze zawczasu zapisany w kalendarzu, przez nieżyjącego dyrektora Piotra Szczerskiego.

„Wrócę przed północą” reklamowany jest na plakacie jako „horror/ komedia”. To opowieść o Jeny (Ewelina Gronowska), która wraca ze szpitala psychiatrycznego by się zregenerować i odpocząć przy boku nieporadnego na pozór, męża-naukowca (Łukasz Pruchniewicz). Pobyt w teoretycznie zacisznym domku na pustkowiu oraz przyjazd ociekającej seksapilem siostry męża (Beata Wojciechowska), okażą się jednak nie najlepszym sposobem na ukojenie skołatanych nerwów. Młodzi wynajmują dom od wieśniaka George’a Willowby’ego, ta świetnie zagrana drugoplanowa rola Janusza Głogowskiego, skradła chyba cały spektakl. Tekst Cooleya, aż się prosi o nawiązania do stylu Alfreda Hitchcocka czy słynnych teatrów „Kobry”. W ostatnich scenach trup ścieli się gęsto, a i po drodze nie brakuje opowieści o duchach, morderstwach i dziwnych wypadkach. Bieliński specjalizuję się w komediach i tak też podszedł do tego dramatu.

Moim zdaniem, jeżeli mówimy o horrorze czy thrillerze to na scenie zabrakło trochę wyciszenia, które spotęgowało by wrażenie strachu. Dzięki takim zabiegom faktycznie można by osiągnąć spektakl grozy. Stworzyć ciekawe przedstawienie o zabarwieniu kryminalnym z elementami komedii. U Bielińskiego proporcje zostały odwrócone. Poprowadził on grę aktorów bardziej w stronę farsy, groteski. Wszystko działo się szybko, mocno, czasem było wręcz przerysowane. W kieleckim „Wrócę przed północą” miejsce suspensu zajął śmiech, ale podobno trudniej kogoś naprawdę rozśmieszyć, niż solidnie przestraszyć. Czy ta sztuka się reżyserowi udała, warto sprawdzić samemu.

Znakomita scenografia, trochę w klimacie kryminałów Agathy Christie, zaprojektowana została przez Bożenę Kostrzewską. Stworzyła ona angielskie wnętrze, w mrocznych kolorach gdzie dominują przybrudzone niebieskawe barwy. Metaforycznego oblicza scenografii nadaje fakt, że góry patrzą na nas poustawiane wypchane zwierzęta. Jakby mówiące, że z każdego człowieka może wyleźć zwierzę, jednoczenie świdrujące bohaterów swoimi plastikowymi oczkami. Gra świateł wyreżyserowanych przez Paulinę Góral sprawia, że nadają one swoisty klimat całemu przedstawieniu. Na uwagę zasługuje też plakat do spektaklu, zaprojektowany przez Ewelinę Gronowską, który swoją stylistyką nawiązuje do plakatów filmowych sprzed lat, z czasów popularności mistrza suspensu Alfreda Hitchcocka i czwartkowych teatrów „Kobry”.

Mimo moich zastrzeżeń – jeśli ktoś ma ochotę na lekki, niezobowiązujący spektakl – „trochę się pośmiać i trochę wytaszczyć”, to „Wrócę przed północą” będzie to propozycja właśnie dla niego.

Obnażenie (Wystawa Leszka Mądzika)

Agnieszka Kozłowska-Piasta
("Projektor" - 6/2015)
Od 45 lat maluje teatralne obrazy, jak sam określa „światłem na czarnym blejtramie”. Pochodzi stąd, tu mieszkał, uczył się i jest przekonany, że także to ukształtowało jego artystyczną drogę. Twórczości, osobowości prof. Leszka Mądzika, jednego z najważniejszych polskich twórców teatralnych, poświęcona jest najnowsza wystawa w kieleckim BWA. 

Fot. Wojciech Habdas
„Dotyk przemijania” nie jest retrospektywą czy muzealno-artystyczną dokumentacją artystycznych osiągnięć Mądzika i prowadzonego przez niego teatru. Po pierwsze przy tak ogromnym materiale historycznym – spektaklach, podróżach, nagrodach Sceny Plastycznej KUL byłoby to niemożliwe. Po drugie – próba przeniesienia teatru (nawet, gdy jest to teatr plastyczny) do sal galerii – chyba nie może zakończyć się powodzeniem. Dlatego przygotowując wystawę starano się wypreparować to, co plastyczne z tego, co u Mądzika teatralne. Ten zabieg przede wszystkim obnażył to, co w Scenie Plastycznej KUL najbardziej tajemnicze – rekwizyty, lalki, maski, konstrukcje, kostiumy, które niknąc w mroku spektaklu czy rozmywając się w niewyraźnym, niedookreślonym świetle, mamią oko, zapewniając widzom niezwykłe, magiczne doświadczenia estetyczne. 

Wystawę podzielono na trzy części. W pierwszej można obejrzeć zdjęcia zrobione przez prof. Mądzika podczas licznych wypraw po całym świecie. Zdjęcia nie są dokumentacją podróży, ale raczej interpretacją świata dokonaną przez artystę. Autor dostrzega drobiazgi, detale codzienności, kultury, egzotycznych tradycji i miejsc. Zamykając je w kadry nadaje im dodatkowe znaczenia, chroni przed zapomnieniem, nieważnością. Wiele z nich staje się potem inspiracją do kolejnych twórczych działań teatralnych.
Drugą część stanowią plakaty, przede wszystkim do spektakli Sceny Plastycznej KUL, ale także licznych wydarzeń, przeglądów teatralnych, a nawet akcji społecznych. Dzięki tej bogatej reprezentacji można się przekonać, że Mądzik to nie tylko szef swojej autorskiej sceny teatralnej, ale baczny obserwator ważnych wydarzeń teatralnych w Polsce i na świecie. W swojej działalności nie zamyka się na świat i środowisko, realizując projekty plakatów do spektakli, przeglądów w teatrach repertuarowych, czy awangardowych jak duński Odin Teatret Eugenia Barby. Co ciekawe, zwięzłość, prostota i bogata kolorystyka pomysłów plakatowych stoją w opozycji do rozbudowanych wizualnie, bogatych obrazów, jakimi profesor karmi widzów podczas swoich spektakli.

Trzecią, najbogatszą część wystawy zajmuje teatr: zdjęcia ze spektakli, makiety scen oraz elementy scenografii ułożone w instalacje, oddające podstawowe znaczenia i sensy przedstawień: wiarę w Absolut, szukanie sensu w przemijaniu, przyglądanie się jak przez mikroskop ludzkiemu życiu, starzeniu się, odchodzeniu i umieraniu. Przestrzeń podzielono na część jasną i ciemną. W tej pierwszej uwagę przykuwa impresja ze spektaklu „Bruzda”. Ludzkie embriony wyrastają z pachnącej, ciemnej ziemi, aby trafić na taczki ludzkiego losu. Nad tą jednokierunkową drogą góruje Opatrzność, Bóg, Gwarant Sensu, w którego Leszek Mądzik wierzy niezachwianie. Pod ścianami stoją manekiny, papierowe półmaski, czasami z premedytacją zasłaniające kolejne fotografie. Część mroczną ciemną, opanowało przemijanie: lalki manekiny pokazujące stopniowy rozkład ciała, siedzące przy stoliku w towarzystwie kolejnego symbolu przemijania: czarnego kruka. 

Podczas wernisażu Leszek Mądzik nazwał tę ostatnią część ekspozycji „obnażeniem teatru”. W krótkiej przemowie wymieniał swoje fascynacje teatrem Jerzego Grotowskiego z czasów „Apocalipsis cum Figuris” czy Tadeusza Kantora z doby „Umarłej klasy”. Odarcie z teatralnej magii, pokazanie z bliska elementów scenografii doskonale obroniło się w świecie plastyki, galerii sztuki. Wzbudziło zainteresowanie nie tylko plastyczną, ale i teatralną czy techniczną stroną spektakli Sceny Plastycznej KUL. Pozwoliło zajrzeć za zasłonę, odkryć rąbek tajemnicy, jak technicznie tworzy się te uniwersalne, ginące w mroku obrazy, które w odbiorze stają się często jedynie przeczuciem, wrażeniem, niezwykle emocjonalnie działającym na widzów.

„Dotyk przemijania” przybliża teatralność Sceny Plastycznej KUL, ale przede wszystkim przybliża ich malarza – Leszka Mądzika, obnaża jego fascynacje, odsłania osobowość i nieprawdopodobną wyobraźnię.

Młodzi zrzucili maski ("Podróż - Kierunek - Teatr" 2015)

Katarzyna Szychowska

("Projektor" - 6/2015)

Fot. Marcin Michalski
Podróż w nieznane, czyli… dokąd? W głąb siebie, w świat własnych emocji, marzeń, pragnień. Tę niecodzienną wędrówkę zaproponowali kieleckim uczniom organizatorzy VIII edycji projektu edukacji teatralnej „Podróż – kierunek – teatr”. W czasie zajęć uczestnicy mieli okazję zobaczyć cykl etiud Kieleckiego Teatru Tańca „Opowiedziane ruchem”, a także wziąć udział w warsztatach zorganizowanych w Domu Kultury „Zameczek”. Efekty swej pracy prowadzonej pod kierunkiem instruktorów zaprezentowali 22 października na scenie w Sali Kameralnej.

Na scenariusz pierwszej etiudy „Podróż za horyzont” złożyły się własne przemyślenia uczestników warsztatów. Jak podkreślił instruktor, teatrolog Bartłomiej Miernik, głos młodych okazał się na tyle mocny, że postanowili wspólnie stworzyć spektakl o nich samych. W tym celu zastosowali technikę verbatim, której istotą jest wygłaszanie ze sceny dosłownych cytatów z autentycznych wypowiedzi. Tak powstała wiarygodna opowieść o codziennych problemach, marzeniach, a zwłaszcza emocjach. W większości kwestii aktorów, bardzo mocno wybrzmiał lęk przed utratą indywidualności w środowisku szkolnym, w którym liczą się rankingi, najwyższe oceny, a przede wszystkim akceptacja w grupie rówieśniczej. Chcąc zyskać aprobatę kolegów i koleżanek, młodzi ludzie próbują się do nich upodobnić, choć w głębi serca wyznają inne wartości. Doprowadza to do swoistej unifikacji, którą wyraziście podkreśliły proste stroje uczestników (białe T-shirty i czarne spodnie). Prostota przejawiała się również w ruchu scenicznym i gestach, ponieważ to nie forma estetyczna była tutaj najważniejsza, lecz sama treść. Jej uwypukleniu służyło nie tylko szczere wyrażanie uczuć, lecz także operowanie przenośnią (np. porównanie szkolnego „wyścigu szczurów” do ćwiczeń na lekcji wychowania fizycznego). Ciekawym zabiegiem było też wykorzystanie elementów kultury popularnej i wydobycie z nich elementu pozytywnego – jak przesłanie piosenki znanego zespołu Nickelback „Na co czekasz”. Jej brzmienie w końcu spektaklu miało oznaczać swoiste uwolnienie się ze schematu.

Pod czujnym okiem Małgorzaty Ziółkowskiej, tancerski i choreografa, powstała krótka forma sceniczna „Jesienne wiadomości”. Aktorzy – uczniowie I Społecznego Gimnazjum im. Mikołaja Reja w Kielcach, Gimnazjum nr 2, II LO im. J. Śniadeckiego i Zespołu Szkół Przemysłu Spożywczego – przy użyciu naturalnych gestów, tańca i muzyki stworzyli prostą, a zarazem wymowną opowieść wykorzystującą motyw jesieni. Ta pora roku, uobecniona na scenie przez utwór Antonio Vivaldiego, a także charakterystyczne elementy scenografii (kolorowe liście), zazwyczaj kojarzy się z czasem poważnych, a nawet przygnębiających refleksji. Tymczasem młodzi twórcy przełamali ten stereotyp, przekazując publiczności z lekkością i humorem pozytywne komunikaty-porady: „Nie poddawaj się!”, „Bądź radosny!”, „Spotykaj się z ludźmi!” Podobnie jak w pierwszej etiudzie, tak i tu posłużono się rekwizytami współczesności – laptopem, telefonem komórkowym, ulotkami czy gazetą.

Jako ostatni wystąpili uczniowie I Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, którzy pod kierunkiem instruktora, studenta reżyserii teatralnej, Sebastiana Krysiaka, opracowali spektakl oparty na utworze dramatycznym „Własne miejsce” autorstwa Zuzanny Ciosmak, jednej z uczestniczek warsztatów. Bohaterowie tej historii tak desperacko pragną znaleźć sens istnienia, że stają się… przedmiotami codziennego użytku – ścianą, krzesłem, oknem, dywanem. Wypełniają one świat stworzony przez Chłopca, który marzył o odbyciu lotu w kosmos. Niestety terror wprowadzony przez Człowieka Galaretkę, który chcąc ukryć swój strach, demonstruje siłę i pozbywa się obywateli nieprzydatnych społeczeństwu. Ład i porządek w „surrealistycznym pokoju” stara się zaprowadzić Człowiek, wyznaczając ścisłą granicę za pomocą ściany. Tę dramatyczną sytuację uwięzienia, w szczególny sposób wyraziła niecodzienna technika przekazu. Wydarzenia rozgrywały się za płachtą pełniącą funkcję ekranu, na którym wyświetlano film ze spektaklu nagrywany „na żywo”, za pomocą kamery umieszczonej po zasłoniętej stronie sceny. Pod koniec przedstawienia kurtyna podniosła się – wtedy bohaterowie przekonali się, że nie są sami, a ich zakłopotanie wywołało komiczny efekt. Był to także element pomysłowej gry z widzem. We „Własnym miejscu” młodzi twórcy zwrócili uwagę na kondycję moralną współczesnego nastolatka, który ma poczucie, że jest nikim, lecz nie robi nic, by ten stan zmienić. Mimo tej smutnej konkluzji aktorzy nie popadli w melancholijne „odrętwienie”. Według Sebastiana Krysiaka celem warsztatów nie był końcowy pokaz, ale uruchomienie ekspresji, ujawnienie skrywanych, niekiedy niedorzecznych uczuć i przekształcenie ich w artystyczną formę. Miało to pomóc w przełamaniu pesymistycznej wymowy utworu.

Uczestnictwo w VIII edycji projektu „Podróż – kierunek – teatr” okazało się rodzajem poznania. Umożliwiło nastolatkom wyrażenie prawdy o sobie, nauczyło niełatwej sztuki okazywania uczuć, a co za tym idzie, pomogło zrzucić szare maski przeciętności.