Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baza Zbożowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baza Zbożowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 lipca 2016

...chaos prawie nie do ogarnięcia (XV Przegląd Teatrów Alternatywnych)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 6/2015)
A wszystko [niestety] skiełbasiło się nagle... Teatry niezależne wyczuwają ten nerw, to coś, co w powietrzu wisi. Widz o tym nie mówi, udaje, że nie myśli. Ktoś inny ma za niego chaos współczesnej, globalnej wioski zdefiniować, obłaskawić i odesłać gdzieś daleko.

Fot. Wojciech Habdas
To skiełbaszenie [prawie] powszechne w wycinkach i fragmentach, pojedynczych partyturach, pokazało siedem zespołów podczas XV Przeglądu Teatrów Alternatywnych w Bazie Zbożowej zorganizowanego przez Stowarzyszenie Artystyczne Teatr „Ecce Homo”. Ten przegląd był rodzajem cezury, pokazał jak istotny – również w teatrze alternatywnym – staje się dyskurs, nawet ironiczny, z symbolami i modelem kultury masowej.

Jakiego pięknego syna urodziłam

Już analizując „Tytusa Andronicusa” w „Szekspirze współczesnym” Jan Kott napisał, że na scenie pada tyle trupów, że krew zaczyna prawie obryzgiwać widzów, a gdyby dramat rozpisano jeszcze na szósty akt, to zaczęto by wyżynać dwa pierwsze rzędy na widowni. Dramat rodzinny to nie jest pomysł naszych czasów. Zacząłem od cytatu z „Nowego Wyzwolenia” Witkacego. Klasyczni dramaturdzy rodzinną waśń rozstrzygali mieczem, sztyletem, trucizną. Naturaliści, a za nimi Witkacy udoskonalili metodę. Przeciwnika już nie mordujemy (a jeśli już to cokolwiek groteskowo), lecz prowadzimy z nim wyniszczającą, wyrafinowaną grę psychologiczną.

Dlaczego Witkacym zaczynam? Jego „Matka” to nie tylko archetypowy przykład pisarskiej realizacji kompleksu Edypa, ale chyba jeszcze bardziej – poprzez postaci Janiny i Leona Węgorzewskich – model toksycznej relacji rodzinnej. Compania Teatralna Banda Oszustów czyli Caryl Swift i Marcin Bortkiewicz po raz pierwszy swoją wariację (nazywaną niesmaczną w czterech koszmarnych częściach) na temat dramatu Witkiewicza (w reżyserii Stanisława Miedziewskiego) pokazali w 2003 r. (dwa lata później na kieleckim przeglądzie). W ich wersji – „Das Kűchendrama” – to nieustanny dialog dwóch postaci, wyniszczający, alkoholizowany, perwersyjnie-ekshibicjonistyczny. Widz pozostaje z pytaniem czy kochać się bardziej można nienawidząc? Matka wciąż z pretensją mogłaby powtarzać (to motyw wędrowny dramaturgii Witkacego) jak pięknego syna urodziła i jak nic z niego nie wyszło. On mógłby – wzorem pewnego bohatera kiepskiego westernu, Johny’ego Ringo – do wszystkich mieć żal, że na świat przyszedł. Dlaczego Witkacym zaczynam? Bo trochę jest z niego, jakiś odprysk w „Saksofoniście” Jarosława Filipskiego z Teatru From Poland z Częstochowy. U twórcy teorii „Czystej Formy” pojawia się to marzenie za dawną epoką, gdy nawet postaci dramatu były prawdziwsze, wzbudzały radość i drżenie. Bohater „Saksofonisty” – daleko mu rzecz oczywista do Janiny Węgorzewskiej – z wyrzutem mówi o aktorskiej karierze swojej i swego syna. To dziwne, nie toksyczne, lecz witkacowskie trochę.

Siedem lat temu Marcin Bortkiewicz przygotował z aktorami Teatru Ecce Homo spektakl powarsztatowy „Chlust witkiewiczowski”. To było otwarcie zespołu na nowych aktorów, przetarcie, pokaz szaleństwa w stylu autora „Metafizyki dwugłowego cielęcia”. W tym roku do pomysłu powrócił. „Wieczór ekscentryczny” to tekst złożony w fragmentów „Nowego Wyzwolenia”, „Mątwy”, „Onych” i „Bzika tropikalnego”. Na scenie występuje siedemnaście osób (w tym reżyser w roli papieża Juliusza II z „Mątwy”) i mamy egzemplifikację „Czystej Formy” – zaskoczenie, dziwaczność i wyjątkowość bohaterów, przeświadczenie o śmierci sztuki, cywilizacji, nadchodzącej rewolucji. Postaci prześcigają się w ekscentrycznych zachowaniach, ucieczka w dziwaczność i perwersję – cokolwiek rodem z bulwarowych romansów i z właściwą dla Witkacego kpiną z młodopolskich norm – jest niczym innym jak odtrutką na mieszczańsko, porządne życie. Bortkiewicz nie odmówił sobie odniesień filmowych, w finale pochodu-snu, odnosząc się do Bergmana.

Ten pochód wątków i postaci ekscentryczno-typowych – pozostańmy w duchu Witkacego – król Hyrkan IV z Hyrkanii (postać czysto z literatury SF), Zabawnisia, artysta perwersyjny przez matkę zdławiony Florestan Wężymord, artysta niedoszły, filozof, a w końcu szczęśliwy tyran Paweł Bezdeka, Sidney Price, poeta nowoczesnej ekonomii i boss kompanii handlu kawą i kauczukiem Ryszard Golders tworzą barwny, dekadencki krajobraz. W finale zginąć muszą, bo chaos jest już nie do zniesienia. A co z chaosu się wyłoni?

W telewizji pokazali

Fot. Wojciech Habdas
Idol, po wielkich sukcesach, na tarasie w Portugalii, z przesłodkim widokiem przychodzi – no chyba tak ją można nazwać – wyznawczyni jego kultu – Grażynka. Z pamiętniczkiem, jeszcze ze szkolnych czasów, pełnym cytatów. Idol – już prawie czekam, aż powie: Czy ktoś dotyka twarzy Adamczyka? prześciga się w trawestacjach – żeby wymienić tylko niektóre – z „Pulp fiction”, „Arizona dream”, „Dzikości serca”. To jedna z „Partytur rzeczywistości” Teatru Porywacze Ciał. Katarzyna Pawłowska i Maciej Adamczyk zaczynają od monologów na tle drgającej linii oscyloskopu – dowodu na metafizyczną naturę świata czy potęgę nauki, niepowtarzalną boskość natury czy racjonalną analizę kosmosu – dwie partytury, dwa modele odpowiedzi i reakcji na chaos. 

W szeregu scen pokazują zestaw popkulturowych matryc – od telewizyjnego wywiadu z „ciekawym człowiekiem”, panem Bernardem, przez telenowelę, pokaz kilku technik teatralnych – klasycznej, awangardowej i w stylu Sarah Kane, do parodii kulinarnego show i deathmetalowego koncertu. Ośmieszają i są autoironiczni. Prowadzą z widzem grę. „Partytury...” to spektakl kampowy. W każdym z nas tkwi trochę umiłowania do kiczu. Wielki idol – tak jak właścicielka notesika pełnego „złotych myśli” – słucha ABBY. Nawet o sprawach poważnych można dziś mówić tylko poprzez drwinę. Takie trochę dziwne czasy. Bo najważniejszą ze sztuk jest sztuka karnawału.

Szkolny Teatr Kaprys z Łap (w ich przypadku szkolny to komplement odwołujący się jeszcze do pięknej tradycji oświeceniowej) sięgnął do tekstów opowiadań Sławomira Mrożka („Koszmar Sławomira M.”) i przede wszystkim Juliana Tuwima. „Kariera Johna Nobody” to opowieść z groteskowym finałem o zredukowanym urzędniku bankowym, który postanawia sprzedać swoje samobójstwo stacji radiowej. Medialna i reklamowa histeria pokazuje, że szał „The Voice...” of coś tam i inne tańce z proszkami, to wcale nie jest pomysł naszych czasów i oscarowej „Sieci” Sidneya Lumeta.

Fot. Wojciech Habdas
Jarosław Filipski w swoim monodramie sięgnął najpierw do wzorca teatru interaktywnego – inscenizując konferencję z wielkim mistrzem aktorskim – „tworząc” z widzów dziennikarzy wyimaginowanej konferencji prasowej. „Saksofonista” to nie tylko ironiczna historia życia Jerzego S. (Stuhra), którego wypowiedzi, styl bycia, wybrane role doskonale, telewizyjną pozę doskonale zainscenizował. Monodram jest opowieścią o tragicznym losie aktora, o kabotyństwie tego zawodu, balansującego między wzniosłością i śmiechem. Próbującego – jak Feuerbach ze sztuki Tankreda Dorsta – ubłagać i uwieść reżysera. Zdobyć upragnioną rolę.

Psychodramy rzeczywistości

Gdy każdy z wcześniejszych spektakli zamykał się w ramie – posłużę się tutaj jeszcze kodyfikacją antyczną – komedii: czy to ironicznej, czy kabaretowej czy czystego kampu, to dwa spektakle – „Pokojówki” Teatru Fieter z Ozimka (reż. Robert Konowalik) i monodram „Diva” Wiolety Komar mówiły o tragicznej kondycji człowieka. 

Monodram w reżyserii Stanisława Miedziewskiego oparty został na tekście Magdaleny Gauer. Ten sam tekst stał się kanwą „Nocy Walpurgii”, debiutu fabularnego Marcina Bortkiewicza (o filmie piszemy na s. 36). To jest spektakl o zagładzie Żydów, ale nie jest to spektakl banalnie martyrologiczny. Stojąca w jednym miejscu Wioleta Komar gestem, mimiką, modulacją głosu przywołuje obrazy z Oświęcimia i getta łódzkiego, z kasyna oficerskiego i prywatnego domu komendanta, gdzie młode tancerki, śpiewaczki, aktorki najlepszych scen Europy Zachodniej musiały zabawiać pijanych żołnierzy. Mimo zabarwionych drwiną fragmentów, opisujących powojenne awangardowe inscenizacje i absurdalne (w pojęciu Polaka) propozycje i pytania reżyserów o ten dziwny tatuaż (obozowy numer), pomimo tego, jest „Diva” opowieścią z otchłani.

Robert Konowalik przygotował inscenizację najsłynniejszej jednoaktówki Jeana Geneta. „Pokojówki” to dziś nie tylko dramat ważny w rozwoju XX-wiecznej sztuki, ale dramat-znak, dramat-symbol awangardy i teatru absurdu. Na równi z „Nosorożcem” Ionesco i „Końcówką” Becketta. Podejmuje – w formie typowej psychodramy – jedną z obsesji (to może złe słowo), najistotniejszy z tematów współczesnej dramaturgii – opresyjność systemu, wchodzenie i wychodzenie z ról społecznych. Jest metaforyczną przypowieścią o tyranii. Dwie siostry, służące (w tych rolach Małgorzata Kałuzińska i Anna Bereźnicka) odgrywają seans miłości i nienawiści – do siebie nawzajem, do swej pani. Dość hermetyczny tekst i ascetyczna scenografia każą się zastanowić. Co myśli sobie w duchu emigrantka z Białorusi lub Ukrainy, która „pomaga w sprzątaniu” lokatorce podwarszawskiej willi lub celebrytce z apartamentowca?


Przegląd to nie tylko...

... spektakle teatralne. W tym roku był to premierowy występ kabaretu „Bez próby” stworzonego przez trzech aktorów Ecce Homo: Michała Pustułę, Karola Górskiego i Piotra Skrzypczyka oraz dwie wystawy. Monika Sochańska zaprezentowała cykl czarno-białych, klimatycznych zdjęć z cyklu „Ciemna strona teatru” oddających trochę mroczną i tajemniczą aurę prób i przedstawień. „Piątek trzynastego” – interdyscyplinarna prezentacja Stowarzyszenia Twórczego „Zenit”. Niżej podpisany przygotował kilka fototekstów ukazujących wybrane zagadnienia kryptoarcheologii. Na wystawie pokazano kilka wybranych zdjęć Tomasza Kozłowskiego z serii ukazującej aktorów Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach (szerzej por. s. 15) oraz czarno-biały cykl reportażu prowincjonalnego (trochę w stylu lat 70., nie tylko za sprawą tematyki, ale i sposobu patrzenia na bohaterów zdarzeń, a nawet ich gestów i ubioru) Leny Kolasy i barwne fotografie Agnieszki Łuczyńskiej ukazujące – w charakterystycznej dla autorki technice nakładania poszczególnych kadrów na matrycy aparatu i łączenia ich z tłem malarskim – małe gliniane rzeźby, postaci w trakcie „stawania się”, jeszcze nie ukształtowane, pełne krzyku i bólu. Robert Kolasa wystawił kilkanaście rysunków satyrycznych, czasem będących nawet krótkimi komiksami, będących swobodną, nawet anarchizującą zabawą z konwencjami języka, które dopiero w zderzeniu z obrazem pokazują prześmiewczy i absurdalny kształt naszego świata, jednego, szalonego cyrku, wypełnionego mitami kultury masowej i żartami dnia codziennego.

sobota, 30 lipca 2016

Wyjść z sejfu swego ciała (warsztaty pantomimy)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 4/2015)
Dwaj aktorzy Wrocławskiego Teatru Pantomimy im. Henryka Tomaszewskiego – Radomir Piorun i Mariusz Sikorski poprowadzili trzydniowe warsztaty dla młodzieży w Klubie „Kotłownia” (Baza Zbożowa) w Kielcach.

Zajęcia miały charakter integracyjny – brali w nich udział również absolwenci i podopieczni Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Niesłyszących i Słabosłyszących w Kielcach, w którym (od 2006 r.) działa Teatr „MimoTo”, (ciekawostka – regularnie zdobywający Grand Prix na festiwalu w Szczecinie), prowadzony przez Małgorzatę Kardasińską-Kolasę i Magdalenę Kutę. Panie przez 21 (sic!) godzin tłumaczyły przebieg warsztatów na język migowy.

Pantomima to nie jest taniec, to nie pusty gest – aktorzy pokazywali jak tworzenie postaci, sytuacji, roli jest przechodzeniem między jednym stanem, a drugim. Przyrównałbym to do zmiany wody w lód, parę, wymagające katorżniczej pracy i wielu lat doświadczeń. Mim jest w stanie zagrać, wyczarować prawie każdy materiał – może być metalem, drzewem, może być ziemią.

Nie tylko warsztaty, kolejne próby i ćwiczenia (sadzenie rośliny, nerwowy powrót do domu, gdzie zostało włączone żelazko itd.), ale też anegdotyczny wykład na temat historii pantomimy, różnic w podejściu do aktorstwa przez Marcela Marceau i Henryka Tomaszewskiego. Istotę zajęć streszcza chyba dobrze jedno z zadań – pokazanie ucieczki z wyimaginowanego, zamkniętego sejfu. Pantomima to otwieranie i pokonywanie kolejnych zamków i blokad, aż do całkowitego zapanowania na gestem i ograniczeniami własnego ciała.

Zbyszewski – bez przebaczenia (XIV Przegląd Teatrów Alternatywnych)

Agata Kulik
Fot. Wojciech Habdas
("Projektor" - 6/2014)
Przegląd Teatrów Alternatywnych organizowany przez Stowarzyszenie Artystyczne Teatr Ecce Homo stał się już stałym punktem na kulturalnej mapie Kielc. W tym roku odbył się już po raz czternasty. Jak od kilku lat na terenie Bazy Zbożowej.

W ciągu czterech dni zagrano pięć przedstawień. Zobaczyć można było dwie wystawy: fotografii Wojciecha Habdasa (por. str. 22) i rzeźby Dawida Szlufika „Devi$a” (str. 48), posłuchać koncertu grup Hilary Mala oraz Ankh.

Dzień 1

Festiwal rozpoczął genialny monodram „Od przodu i od tyłu” w wykonaniu Mateusza Nowaka i reżyserii Stanisława Miedziewskiego. Przedstawienie zostało oparte na książce (niedoszła praca doktorska, odrzucona przez Uniwersytet Warszawski) Karola Zbyszewskiego „Niemcewicz od przodu i tyłu”. Tekst, ten przedstawiający Polskę za czasów panowania naszego ostatniego króla elekcyjnego, oprócz rzetelnego opracowania historycznego (siedem lat badań: ponad 193 źródła archiwalne, setki książek i rękopisów) jest przy okazji doskonale skrojoną satyrą. Choć rzecz dotyczy nieudolnych rządów Stanisława Augusta Poniatowskiego, jego zdeprawowanych podwładnych i ich przywar, wcale nie wydaje się tak bardzo obca i odległa jak można było by sądzić.

Spektakl zaczyna się do słów zasłyszanych ponoć przez Niemcewicza w petersburskim więzieniu: Stara kurwa nareszcie umarła – mowa tu oczywiście o carycy Katarzynie. Po tych zaskakujących słowach, następuje niesamowita uwertura. To swoisty rodzaj wstępu (fragment z „Casanovy” Jerzego Żurka), ubrany przez Nowaka w formę sylabizowanej melorecytacji (niczym wprawki aktorskie do „rozćwiczenia” aparatu mowy). Wprowadza nas on w absurdalne realia świata, w jakim przyszło żyć Niemcewiczowi. Spektakl obnaża postępowanie władzy, krytykuje obłudną religijność, łapówkarstwo, nepotyzm i kolesiostwo. Nie oszczędza nikogo, ani duchowieństwa, ani króla czy magnatów sławnych rodów.

Mimo mnogości bohaterów monodram jest bardzo czytelny. Mateusz Nowak udowadnia w tym przedstawieniu swój świetny warsztat aktorski. Poczynając od monologu Casanowy w sypialni Carycy, poprzez szereg różnych ról, które znakomicie zagrał, zaznaczając zmianę postaci poprzez intonację i barwę głosu, ale również przez gestykulację, mimikę i podkreślenie strojem. Bardzo zmyślny kostium, stworzyła Magdalena Franczak, dzięki kilku, prostym zabiegom staje się on osiemnastowieczną suknią lub strojem koronacyjnym Stanisława Augusta Poniatowskiego z obrazu Bacciarellego, to znów jest strojem sarmackim.

Zbyszewski pisał językiem żywej i ostrej polemiki dziennikarskiej, którą przedstawienie Stanisława Miedziewskiego skutecznie oddaje. Spektakl ma tempo, śmieszy, a zarazem pokazuje nas samych w krzywym zwierciadle – w przedwyborczym czasie – powinien być obowiązkowym przedstawieniem dla wszystkich polityków. Jednym słowem Chapeau bas!

Kolejnym spektaklem tego wieczoru była premiera w wykonaniu gospodarzy festiwalu. Sztuka „Vattene!” według scenariusza i w reżyserii Marcina Bortkiewicza zainspirowana została m.in. filmami Felliniego i Bergmana. Nie pierwszy raz widzimy, na deskach Teatru Ecce Homo, fascynacje klasyką kina.

Tym razem na warsztat wzięto min. opus magnum Felliniego – „Osiem i pół”. W oryginale jest to portret reżysera filmowego, u Bortkiewicza – teatralnego, próbującego stworzyć kolejne wiekopomne dzieło.

Artysta nie ma jednak jeszcze jego ostatecznej koncepcji. Aktorzy odgrywają więc fantasmagorie i autobiograficzne wątki (możemy rozpoznać motywy z „La dolce vita” czy „8 ½”). Fikcyjne sceny zaczynają mieszać się z rzeczywistością, nie wiadomo co, w tym przedstawieniu jest prawdą, a co tylko grą.

Dzień 2

Przedstawienie Teatru Nikoli z Krakowa zapowiadano jako miejsce, gdzie spotykaj się starzy i odrzuceni ludzie, a jedynymi świadkami ich przeżyć są gołębie. „Stary Gołębnik” składa się z kilku scenek, które moim zdaniem traktują po prostu o życiu. A dokładniej o potrzebie miłości, o wchodzeniu w szablony, konwenanse (ciała ludzkie upchnięte w parasole), odgrywające pokracznie formy życia rodzinnego, miłości, zazdrości, wykreowane i narzucone nam przez społeczeństwo.

To spektakl o potrzebie umiłowania tego, co nieosiągalne lub wręcz przeciwnie, spełnieniu tego, co nieoczekiwane (miłość dziewczyny do księżyca). To rzecz o trudach życia, które raz, nas przygniata niczym krzyż niesiony na ramionach lub nosidła z wiadrami pełnymi wody, to znów staje wesołym niczym zabawa na huśtawce. To wir zdarzeń, które tak, czy inaczej zataczają koło. To myśl o wzniosłych rzeczach, które niczym gołębie rwą się do nieba i o tych przyziemnych takich jak niezgoda na starość i własną niesprawność. Spektakl Mikołaja Wiepriewa oparty jest na ruchu, dzięki czemu jest pojemny znaczeniowo. Choć osobiście nie przepadam za taką estetyką, przyznać muszę, że gra aktorska Dominiki Juchy mnie zachwyciła i zmusiła do refleksji.

Dzień 3

Teatr Pijana Sypialnia zaprezentował kieleckiej publiczności muzyczny spektakl „Wyjowisko” (scenariusz i reżyseria Stanisława Dembski). To przyjemna opowiastka, iskrząca się dowcipem w trochę bajkowo-klechdowej aurze. W świecie karczmarza odwaga miesza się z pijaństwem, wiedza z głupotą, do tego trochę pomyłek i zmyślonych historii, miłość, teatr w teatrze.

Wszystko to okraszone utworami Moniuszki i Chopina, przepięknie wykonanymi i dobranymi, sprawia, że ma się ochotę pozostać w tym świecie jak najdłużej. Na szczególną uwagę zasługuje, oprócz wspaniałego śpiewu i doskonałej gry aktorskiej, ruch sceniczny, który czyni to przedstawienie czymś naprawdę niesamowitym i wartym zobaczenia.

Dzień 4

„Grunwald 2000” (reż. Grzegorz Reszka) w wykonaniu Kompani Teatralnej Mamro, to ostatni spektakl tegorocznego festiwalu. Obraz Matejki zaczyna żyć własnym życiem. Jego bohaterowie niekoniecznie chcą grać narzucone im przez malarza role, chcą przemawiać własnym językiem. Niestety wśród wzniosłych ideałów, pojawiają się też przyziemne problemy i ludzkie dylematy.

Wielka rewolucja postaci z obrazu, została niestety nie do końca zrozumiana przez historyków i krytyków. Mamro zachowuje idealne proporcje między dobrym dowcipem i humorem, a przepchniętą mimochodem gorzką prawdą o władzy i polityce.

Tegoroczny przegląd, choć być może uboższy w spektakle od poprzednich edycji (brak sponsorów) z całą pewnością był treściwą uczta dla wielbicieli teatru alternatywnego.


piątek, 29 lipca 2016

Wylogowani z życia… (III Reminiscencje Teatralne, Baza Zbożowa)

Agata Kulik
("Projektor" - 2/2014)
27 stycznia to Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu, z tej okazji Fundacja Studio TM przygotowała już III edycję Reminiscencji Teatralnych, które odbyły się w Bazie Zbożowej.

Fot. Jowita Droździkowska
W klubie „Kotłownia” zobaczyliśmy dwa spektakle: „Przez Dolinie Cieni” Teatru Zbożowego oraz „Na zawsze” twórców z Jarosławia. Przedstawieniom towarzyszył wernisaż nostalgicznej wystawy fotografii otworkowej „Żydzi wrócili”. 

„Przez dolinę cieni” – performance, jak mówiła reżyserka Dorota Anyż, oparto na wspomnieniach Goldie Szachter-Kalib, mieszkanki Bodzentyna, która jako dziecko trafiła do obozu koncentracyjnego, cudem udało jej się przeżyć i wyjechać do USA. Wiele lat później spisała swoją historię w formie książki „Z Bodzentyna do Auschwitz i Bergen-Belsen”.

Spektakl to forma czytania/recytacji fragmentów tej autobiograficznej powieści, które składają się w przejmującą całość. Z jednej strony to opowieść o strachu, niepewności i bezradności. Z drugiej zaś o cudach, być może bardzo osobistych, ale jednak, bo jak inaczej nazwać splot wydarzeń, które ratują Goldi od śmierci? Jak inaczej, jeśli nie interwencją Jahwe, na miarę jej prywatnego przejścia przez Morze Czerwone.

Prosta scenografia (belki słomy) oraz kostiumy są nieinwazyjnym tłem dla czarno-białych zdjęć z Auschwitz, wyświetlanych z projektora. Aktorki ubrane w czarne długie spódnice, wyciągnięte czarne swetry i chustki na głowach dookreślają stereotyp żydowskiej kobiety, żałobnicy. Zarówno nad tymi co zginęli, ale i nad swoim życiem, które w obozie umarło. „Wylogowało” się jakby ze znanej wszystkim rzeczywistości, by przenieść się do wręcz onirycznego świata (bo jak inaczej wytłumaczyć ten koszmar?), gdzie obowiązują prawa, których reguł do końca nie jest się pewnym, a strach o własny los i los bliskich jest nieodzownym kompanem. Spektakl uzupełnia przejmująca muzyka na żywo.

„Na zawsze” Moniki Siary według Romy Ligockiej i Lewisa Carrolla, na podstawie scenariusza i w reżyserii Pawła Sroki to monodram– spojrzenie na getto oczami małego dziecka, które jeszcze nie rozumie tego, co się dzieje, ale już zdaje sobie sprawę z grozy sytuacji. Mała wie, że obowiązują tu prawa bezwzględne, nie ma miejsca na jej (przysługujące przecież dziecku) marudzenia, ani protesty. My rozszyfrowujemy to, co dla malej Romy pozostaje jeszcze dziwnie zakodowane i możemy dostrzec całe okrucieństwo, niesprawiedliwość, cały strach. Wyzwala się z getta, ale nie wie już, co to znaczy, bo getto to nie tylko mury, to zniewolenie tam, w środku, w sercu i duszy, zniewolenie, którego tak łatwo nie da się pozbyć.