Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XV Przegląd Teatrów Alternatywnych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XV Przegląd Teatrów Alternatywnych. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 lipca 2016

...chaos prawie nie do ogarnięcia (XV Przegląd Teatrów Alternatywnych)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 6/2015)
A wszystko [niestety] skiełbasiło się nagle... Teatry niezależne wyczuwają ten nerw, to coś, co w powietrzu wisi. Widz o tym nie mówi, udaje, że nie myśli. Ktoś inny ma za niego chaos współczesnej, globalnej wioski zdefiniować, obłaskawić i odesłać gdzieś daleko.

Fot. Wojciech Habdas
To skiełbaszenie [prawie] powszechne w wycinkach i fragmentach, pojedynczych partyturach, pokazało siedem zespołów podczas XV Przeglądu Teatrów Alternatywnych w Bazie Zbożowej zorganizowanego przez Stowarzyszenie Artystyczne Teatr „Ecce Homo”. Ten przegląd był rodzajem cezury, pokazał jak istotny – również w teatrze alternatywnym – staje się dyskurs, nawet ironiczny, z symbolami i modelem kultury masowej.

Jakiego pięknego syna urodziłam

Już analizując „Tytusa Andronicusa” w „Szekspirze współczesnym” Jan Kott napisał, że na scenie pada tyle trupów, że krew zaczyna prawie obryzgiwać widzów, a gdyby dramat rozpisano jeszcze na szósty akt, to zaczęto by wyżynać dwa pierwsze rzędy na widowni. Dramat rodzinny to nie jest pomysł naszych czasów. Zacząłem od cytatu z „Nowego Wyzwolenia” Witkacego. Klasyczni dramaturdzy rodzinną waśń rozstrzygali mieczem, sztyletem, trucizną. Naturaliści, a za nimi Witkacy udoskonalili metodę. Przeciwnika już nie mordujemy (a jeśli już to cokolwiek groteskowo), lecz prowadzimy z nim wyniszczającą, wyrafinowaną grę psychologiczną.

Dlaczego Witkacym zaczynam? Jego „Matka” to nie tylko archetypowy przykład pisarskiej realizacji kompleksu Edypa, ale chyba jeszcze bardziej – poprzez postaci Janiny i Leona Węgorzewskich – model toksycznej relacji rodzinnej. Compania Teatralna Banda Oszustów czyli Caryl Swift i Marcin Bortkiewicz po raz pierwszy swoją wariację (nazywaną niesmaczną w czterech koszmarnych częściach) na temat dramatu Witkiewicza (w reżyserii Stanisława Miedziewskiego) pokazali w 2003 r. (dwa lata później na kieleckim przeglądzie). W ich wersji – „Das Kűchendrama” – to nieustanny dialog dwóch postaci, wyniszczający, alkoholizowany, perwersyjnie-ekshibicjonistyczny. Widz pozostaje z pytaniem czy kochać się bardziej można nienawidząc? Matka wciąż z pretensją mogłaby powtarzać (to motyw wędrowny dramaturgii Witkacego) jak pięknego syna urodziła i jak nic z niego nie wyszło. On mógłby – wzorem pewnego bohatera kiepskiego westernu, Johny’ego Ringo – do wszystkich mieć żal, że na świat przyszedł. Dlaczego Witkacym zaczynam? Bo trochę jest z niego, jakiś odprysk w „Saksofoniście” Jarosława Filipskiego z Teatru From Poland z Częstochowy. U twórcy teorii „Czystej Formy” pojawia się to marzenie za dawną epoką, gdy nawet postaci dramatu były prawdziwsze, wzbudzały radość i drżenie. Bohater „Saksofonisty” – daleko mu rzecz oczywista do Janiny Węgorzewskiej – z wyrzutem mówi o aktorskiej karierze swojej i swego syna. To dziwne, nie toksyczne, lecz witkacowskie trochę.

Siedem lat temu Marcin Bortkiewicz przygotował z aktorami Teatru Ecce Homo spektakl powarsztatowy „Chlust witkiewiczowski”. To było otwarcie zespołu na nowych aktorów, przetarcie, pokaz szaleństwa w stylu autora „Metafizyki dwugłowego cielęcia”. W tym roku do pomysłu powrócił. „Wieczór ekscentryczny” to tekst złożony w fragmentów „Nowego Wyzwolenia”, „Mątwy”, „Onych” i „Bzika tropikalnego”. Na scenie występuje siedemnaście osób (w tym reżyser w roli papieża Juliusza II z „Mątwy”) i mamy egzemplifikację „Czystej Formy” – zaskoczenie, dziwaczność i wyjątkowość bohaterów, przeświadczenie o śmierci sztuki, cywilizacji, nadchodzącej rewolucji. Postaci prześcigają się w ekscentrycznych zachowaniach, ucieczka w dziwaczność i perwersję – cokolwiek rodem z bulwarowych romansów i z właściwą dla Witkacego kpiną z młodopolskich norm – jest niczym innym jak odtrutką na mieszczańsko, porządne życie. Bortkiewicz nie odmówił sobie odniesień filmowych, w finale pochodu-snu, odnosząc się do Bergmana.

Ten pochód wątków i postaci ekscentryczno-typowych – pozostańmy w duchu Witkacego – król Hyrkan IV z Hyrkanii (postać czysto z literatury SF), Zabawnisia, artysta perwersyjny przez matkę zdławiony Florestan Wężymord, artysta niedoszły, filozof, a w końcu szczęśliwy tyran Paweł Bezdeka, Sidney Price, poeta nowoczesnej ekonomii i boss kompanii handlu kawą i kauczukiem Ryszard Golders tworzą barwny, dekadencki krajobraz. W finale zginąć muszą, bo chaos jest już nie do zniesienia. A co z chaosu się wyłoni?

W telewizji pokazali

Fot. Wojciech Habdas
Idol, po wielkich sukcesach, na tarasie w Portugalii, z przesłodkim widokiem przychodzi – no chyba tak ją można nazwać – wyznawczyni jego kultu – Grażynka. Z pamiętniczkiem, jeszcze ze szkolnych czasów, pełnym cytatów. Idol – już prawie czekam, aż powie: Czy ktoś dotyka twarzy Adamczyka? prześciga się w trawestacjach – żeby wymienić tylko niektóre – z „Pulp fiction”, „Arizona dream”, „Dzikości serca”. To jedna z „Partytur rzeczywistości” Teatru Porywacze Ciał. Katarzyna Pawłowska i Maciej Adamczyk zaczynają od monologów na tle drgającej linii oscyloskopu – dowodu na metafizyczną naturę świata czy potęgę nauki, niepowtarzalną boskość natury czy racjonalną analizę kosmosu – dwie partytury, dwa modele odpowiedzi i reakcji na chaos. 

W szeregu scen pokazują zestaw popkulturowych matryc – od telewizyjnego wywiadu z „ciekawym człowiekiem”, panem Bernardem, przez telenowelę, pokaz kilku technik teatralnych – klasycznej, awangardowej i w stylu Sarah Kane, do parodii kulinarnego show i deathmetalowego koncertu. Ośmieszają i są autoironiczni. Prowadzą z widzem grę. „Partytury...” to spektakl kampowy. W każdym z nas tkwi trochę umiłowania do kiczu. Wielki idol – tak jak właścicielka notesika pełnego „złotych myśli” – słucha ABBY. Nawet o sprawach poważnych można dziś mówić tylko poprzez drwinę. Takie trochę dziwne czasy. Bo najważniejszą ze sztuk jest sztuka karnawału.

Szkolny Teatr Kaprys z Łap (w ich przypadku szkolny to komplement odwołujący się jeszcze do pięknej tradycji oświeceniowej) sięgnął do tekstów opowiadań Sławomira Mrożka („Koszmar Sławomira M.”) i przede wszystkim Juliana Tuwima. „Kariera Johna Nobody” to opowieść z groteskowym finałem o zredukowanym urzędniku bankowym, który postanawia sprzedać swoje samobójstwo stacji radiowej. Medialna i reklamowa histeria pokazuje, że szał „The Voice...” of coś tam i inne tańce z proszkami, to wcale nie jest pomysł naszych czasów i oscarowej „Sieci” Sidneya Lumeta.

Fot. Wojciech Habdas
Jarosław Filipski w swoim monodramie sięgnął najpierw do wzorca teatru interaktywnego – inscenizując konferencję z wielkim mistrzem aktorskim – „tworząc” z widzów dziennikarzy wyimaginowanej konferencji prasowej. „Saksofonista” to nie tylko ironiczna historia życia Jerzego S. (Stuhra), którego wypowiedzi, styl bycia, wybrane role doskonale, telewizyjną pozę doskonale zainscenizował. Monodram jest opowieścią o tragicznym losie aktora, o kabotyństwie tego zawodu, balansującego między wzniosłością i śmiechem. Próbującego – jak Feuerbach ze sztuki Tankreda Dorsta – ubłagać i uwieść reżysera. Zdobyć upragnioną rolę.

Psychodramy rzeczywistości

Gdy każdy z wcześniejszych spektakli zamykał się w ramie – posłużę się tutaj jeszcze kodyfikacją antyczną – komedii: czy to ironicznej, czy kabaretowej czy czystego kampu, to dwa spektakle – „Pokojówki” Teatru Fieter z Ozimka (reż. Robert Konowalik) i monodram „Diva” Wiolety Komar mówiły o tragicznej kondycji człowieka. 

Monodram w reżyserii Stanisława Miedziewskiego oparty został na tekście Magdaleny Gauer. Ten sam tekst stał się kanwą „Nocy Walpurgii”, debiutu fabularnego Marcina Bortkiewicza (o filmie piszemy na s. 36). To jest spektakl o zagładzie Żydów, ale nie jest to spektakl banalnie martyrologiczny. Stojąca w jednym miejscu Wioleta Komar gestem, mimiką, modulacją głosu przywołuje obrazy z Oświęcimia i getta łódzkiego, z kasyna oficerskiego i prywatnego domu komendanta, gdzie młode tancerki, śpiewaczki, aktorki najlepszych scen Europy Zachodniej musiały zabawiać pijanych żołnierzy. Mimo zabarwionych drwiną fragmentów, opisujących powojenne awangardowe inscenizacje i absurdalne (w pojęciu Polaka) propozycje i pytania reżyserów o ten dziwny tatuaż (obozowy numer), pomimo tego, jest „Diva” opowieścią z otchłani.

Robert Konowalik przygotował inscenizację najsłynniejszej jednoaktówki Jeana Geneta. „Pokojówki” to dziś nie tylko dramat ważny w rozwoju XX-wiecznej sztuki, ale dramat-znak, dramat-symbol awangardy i teatru absurdu. Na równi z „Nosorożcem” Ionesco i „Końcówką” Becketta. Podejmuje – w formie typowej psychodramy – jedną z obsesji (to może złe słowo), najistotniejszy z tematów współczesnej dramaturgii – opresyjność systemu, wchodzenie i wychodzenie z ról społecznych. Jest metaforyczną przypowieścią o tyranii. Dwie siostry, służące (w tych rolach Małgorzata Kałuzińska i Anna Bereźnicka) odgrywają seans miłości i nienawiści – do siebie nawzajem, do swej pani. Dość hermetyczny tekst i ascetyczna scenografia każą się zastanowić. Co myśli sobie w duchu emigrantka z Białorusi lub Ukrainy, która „pomaga w sprzątaniu” lokatorce podwarszawskiej willi lub celebrytce z apartamentowca?


Przegląd to nie tylko...

... spektakle teatralne. W tym roku był to premierowy występ kabaretu „Bez próby” stworzonego przez trzech aktorów Ecce Homo: Michała Pustułę, Karola Górskiego i Piotra Skrzypczyka oraz dwie wystawy. Monika Sochańska zaprezentowała cykl czarno-białych, klimatycznych zdjęć z cyklu „Ciemna strona teatru” oddających trochę mroczną i tajemniczą aurę prób i przedstawień. „Piątek trzynastego” – interdyscyplinarna prezentacja Stowarzyszenia Twórczego „Zenit”. Niżej podpisany przygotował kilka fototekstów ukazujących wybrane zagadnienia kryptoarcheologii. Na wystawie pokazano kilka wybranych zdjęć Tomasza Kozłowskiego z serii ukazującej aktorów Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach (szerzej por. s. 15) oraz czarno-biały cykl reportażu prowincjonalnego (trochę w stylu lat 70., nie tylko za sprawą tematyki, ale i sposobu patrzenia na bohaterów zdarzeń, a nawet ich gestów i ubioru) Leny Kolasy i barwne fotografie Agnieszki Łuczyńskiej ukazujące – w charakterystycznej dla autorki technice nakładania poszczególnych kadrów na matrycy aparatu i łączenia ich z tłem malarskim – małe gliniane rzeźby, postaci w trakcie „stawania się”, jeszcze nie ukształtowane, pełne krzyku i bólu. Robert Kolasa wystawił kilkanaście rysunków satyrycznych, czasem będących nawet krótkimi komiksami, będących swobodną, nawet anarchizującą zabawą z konwencjami języka, które dopiero w zderzeniu z obrazem pokazują prześmiewczy i absurdalny kształt naszego świata, jednego, szalonego cyrku, wypełnionego mitami kultury masowej i żartami dnia codziennego.