sobota, 30 lipca 2016

Dziewięć razy młodość ("Opowiedziane ruchem" Kielecki Teatr Tańca)

Agnieszka Kozłowska-Piasta
("Projektor" - 1/2015)
Młodość ma swoje zalety. Wchodzący w dorosłość zwykle są odważni, często bezkompromisowi. Potrafią głośno i nie bacząc na konsekwencje manifestować swoją indywidualność, a bycie sobą – bez względu na to, co sądzi o tym otoczenie – uznają za najwyższą wartość.

Fot. Wojciech Habdas
Gdy dodatkowo mają talent i od wielu lat spędzają godziny w sali baletowej, ćwicząc piruety, toury, szpagaty czy podniesienia – swą indywidualność potrafią zamanifestować w artystyczny i ciekawy dla widza sposób. Nic dziwnego, że premierowy wieczór zatytułowany „Opowiedziane ruchem” w Kieleckim Teatrze Tańca na pewno można zaliczyć do udanych i ciekawych. 

Dziewięć krótkich historii – etiud opowiedzianych tańcem przygotowali bowiem młodzi tancerze kieleckiego zespołu, którzy debiutowali w roli choreografów. W KTT ogłoszono konkurs i spośród kilkunastu wybrano dziewięć najlepiej rokujących scenariuszy i pomysłów. Młodzi ludzie samodzielnie przygotowali choreografię, zadbali o kostiumy, dobór muzyki. To ich w pełni autorskie wypowiedzi i trzeba przyznać, że niezwykle różnorodne.

Dziewięć krótkich tanecznych historii pokazanych w grudniowy wieczór w Kieleckim Teatrze Tańca tematycznie łączy niewiele. Widzowie premiery poznali m.in. baletowy obraz cierpień więźniów obozu koncentracyjnego, baśń o drapieżnych syrenach, manifest młodych zachłannych, taneczną wersję aktu seksualnego, ruchową definicję tańca, porównanie PRL-owskich i współczesnych rozrywek, dylematy homoseksualisty, romantyczną, wręcz sentymentalną, „anielską” miłość. 

Niektóre z tych opowieści wiernie naśladują styl Kieleckiego Teatru Tańca. Niektórzy choreografowie – jak na wchodzących w dorosłość artystyczną przystało – zrywają z tradycją tworząc nie tylko taneczne etiudy, ale minispektakle, łączące różne media, środki wyrazu i formy. Niektórzy skupiają się bardziej na formie i tańcu, inni na opowiedzeniu historii, jeszcze inni próbują przekazać przede wszystkim emocje. 

Nie zabrakło tematów trudnych, czy nawet arcytrudnych – jak taneczna opowieść w choreografii Fabiana Fejdasza „znieWOLeNI” o koszmarze obozu koncentracyjnego. Ryzyko jednak się opłacało – etiuda porusza do głębi, choć taniec nie wydaje się najlepszą formą opowiadania o tragicznych przeżyciach więźniów z czasów II wojny światowej. O odwadze bycia sobą – nawet wbrew najbliższym opowiedział Dawid Matlak w „Wyborze”, pokazując emocje, jakie targają młodym człowiekiem o innej orientacji seksualnej, rozdartym pomiędzy tym, czego oczekują od niego rodzice, a co czuje on sam. 

Mnie – wielbicielce bardziej teatru niż tańca – najbardziej urzekły dwa manifesty młodych. Pełna rozmachu i energii metafora „parcia naprzód”, zagarniania rzeczywistości i kreowania jej na własny użytek, jaką przygotował Bartosz Wójcik („To jest moje”) zwracała uwagę przede wszystkim ciekawym wykorzystaniem maszynerii sceny. O krok dalej poszła Izabela Zawadzka, która w „Insides” połączyła choreografię z prezentowanymi na ekranach projekcjami. Recytowane przez tancerzy teksty pokazują OGROM możliwości, niebezpieczeństw, faktów, przedmiotów, ludzi, jaki otacza współczesnego człowieka. Daje także receptę, jak się przed tym NADMIAREM ustrzec – trzeba często wyrzucać śmieci z własnej głowy.

Lekki i dowcipny był obrazek porównujący styl życia lat 60. – sielankowy obraz jak z amerykańskich przedmieść i drapieżne, niebezpieczne współczesne rozrywki młodych – alkohol, narkotyki. Te „Ramy” nakreślili wspólnie Anna Kuc i Dawid Kwarciany, pokazując przy okazji ogromne poczucie humoru. W baśniowe morskie odmęty zabrał widzów Jan Madej w „Kuszącym złudzeniu”, snując opowieść o drapieżnych, morderczych syrenach, które atakują rozbitka. 

Na drugim biegunie – tym tanecznym – umieściłabym dwie historie miłości – pierwsza bardziej cielesna, druga bardziej romantyczna, czyli „mea… tuus… korpus” Dawida Matlaka i „Moc Haniela” Alicji Hortwath-Maksymow oraz, a może przede wszystkim, inspirowany twórczością Piny Bausch „Tak to My” Mateusza Pietrzaka.

– Zaczynam bez żadnych narzędzi, bez żadnego uzbrojenia poza uczuciem wewnątrz, na które nie ma odpowiedniego słowa ani obrazu – opowiadała o pracy nad swoimi spektaklami legenda tańca współczesnego, wspomniana już Pina Bausch. Te nieokreślone uczucia pozostawały w pracach artystki do dnia premiery. Krytycy biedzili się, jak je przekazać czytelnikom. Były jednak znakiem rozpoznawczym jej choreografii, niedoścignionym wzorem do naśladowania dla innych. Młodzi tancerze-choreografowie z Kieleckiego Teatru Tańca dopiero zaczynają swą artystyczną drogę. Mają umiejętności, wiedzę, kwalifikacje. W swoje pierwsze etiudy włożyli serce i emocje, próbując pokazać nam, jakimi są naprawdę. Oby nigdy o tym nie zapomnieli, bo przecież widzowie nie sprawdzają dyplomów.