sobota, 30 lipca 2016

Żeromski w Żeromskim ("Dzieje grzechu")


Agata Kulik
("Projektor" - 1/2015)
W kieleckim tatrze po raz pierwszy od wielu lat wystawiono dzieło napisane przez jego patrona. Kontrowersyjne „Dzieje grzechu” były jedną z najbardziej obleganych premier roku 2014 na tej scenie.

Ewa Pobratyńska (Magda Grąziowska), główna bohaterka sztuki w świetnej adaptacji Radosława Paczochy i reżyserii Michała Kotańskiego to postać bardzo pojemna. Poznajemy ją na tle wydarzeń niemal jak z telenoweli brazylijskiej. Ewa na naszych oczach przechodzi przemianę, od bogobojnej, niewinnej dziewczyny poprzez kobietę, którą rządzi miłość, do dzieciobójczyni, morderczyni i dziwki. Ciąg wydarzeń prowadzi do coraz większego upodlenia bohaterki. Im większego doznaje upadku tym bardziej traci osobowość, traci siebie. O ile kiedykolwiek była czymś więcej niż odpowiedzią na czyjeś pragnienia – projekcją męskich wyobrażeń, które niejako ją tworzyły. Dla Łukasza Niepołomskiego (Andrzej Plata) była niewinna czysta jak śnieg „bez zdrady w oczach”, dla Szczerbica (Wojciech Niemczyk) była niedostępną fantazją, dla innych opiekunką, dziwką czy kobietą, którą można uratować. Ale dla nikogo nie była po prostu człowiekiem. Szybko nauczyła się dopasowywać do owych wizji, bo one ja tworzyły, dookreślały.

Z jednej strony widzimy w niej Bess z filmu „Przełamując fale” von Triera, gdzie bohaterka składa siebie w ofierze miłości. Tak jak Ewa, Bess mieszka w społeczności purytańskiej i tak samo zmaga się z brakiem akceptacji jej związku, obie są religijne i obie poświęcają dla miłość wszystko, nawet życie. Ale Ewa zwątpiła, kiedy zabiła owoc tej miłości – swoje dziecko. Od tej pory, oprócz niespełnionego uczucia będzie dręczyła ją niezmazywalna wina. Bess składa siebie w ofierze, ale czy dla Ewy oddanie życia, to była tylko ofiara? Czy nie było w tym również chęci odkupienia swoich win? Drugiej strony w Ewie jest także coś z bohaterki „Maleny” Giuseppe Tornatore. Tak jak ona zachowuje do końca (przynajmniej Ewa z kieleckiego przedstawienia) dumę, pewną hardość wobec sytuacji, w której się znajduje. Z jednej strony nie potrafiąc sobie wybaczyć z drugiej wiedząc, że jej los nie do końca zależał od niej. I tak jak w „Malenie” gdzie społeczeństwo wytyczyło bohaterce drogę upadku, tak i tu Ewa została przez społeczeństwo skazana i przez nie wykluczona. Do śmierci jej maleństwa, oprócz wątpliwości w zamiary Łukasza, przyczynił się więc także lęk o przyszłość jej i dziecka. O przyszłość w świecie, w którym tak łatwo szafuje się wyrokami, który woli karać, niż przebaczać (wbrew katolickim zasadom). Od tej pory Ewa szuka rozgrzeszenia, lecz nie wierzy w Boskie odpuszczenie win, pragnie spowiadać się morzu, Jaśniachowi (Edward Janaszek) czy Bodzancie (Marcin Brykczyński). Ale taka spowiedź nie przynosi ulgi.

„Dzieje grzechu” to spektakl o ludziach przegranych, bo każdy w tym dramacie przegrywa i ci groteskowi mężczyźni i Ewa. To również przedstawienie o polskim społeczeństwie, które ma w siebie wszczepione katolickie prawo, które pomieszane z kołtuństwem tworzy przedziwną mieszankę. Zamiast miłować i wybaczać wolimy osądzać, kamienować i nienawidzić.

To spektakl, jakiego brakowało w kieleckim repertuarze: klasyka opowiedziana prosto, ale subtelnie, współcześnie, ale nie siląc się na nagminną nowoczesność. W przedstawieniu możemy zobaczyć wiele pięknych wizualnie scen (szyjące szwaczki, Ewa z Łukaszem wśród śniegu), ale też i w brutalne przejmujące obrazy gwałtu. Zachwyca gra aktorska (zwłaszcza Magdaleny Grąziowskiej, która potrafiła skupić na sobie uwagę przez prawie trzy godziny spektaklu). Bardzo wymowna, oszczędna i symboliczna scenografia Barbary Hanickiej, dobrze komponuje się z całością.