piątek, 29 lipca 2016

Świat egzystencjalnej hibernacji („Twardy gnat, martwy świat” Mateusza Pakuły)

Agata Kulik
("Projektor" - 2/2014)
„Twardy gnat, martwy świat” to kolejny spektakl w kieleckim Teatrze im. S. Żeromskiego spod znaku młodego, zdolnego pokolenia, które coraz więcej w teatrze (i nie tylko) ma do powiedzenia.

Spektakl Evy Rysovej według scenariusza Mateusza Pakuły, to opowieść o współczesnym Hiobie, o grze, którą prowadzi ktoś na górze, o walce między dobrem a złem.

Tekst napisany jest w konwencji bad writing (pisarska odmiana bad painting) czyli świadomego wykorzystania złej literatury do stworzenia dobrej sztuki. W tym przypadku na warsztat poszła powieść „Ten, który sprzeciwił się szatanowi” Marcina Obuchowskiego. Zresztą Pakuła sam w swoim dramacie nazywa się księciem złodziei i – jak będziemy mogli zauważyć – ukradł „coś” nie tylko Obuchowskiemu. Jednym słowem Mateusz bierze kiczowate „świąteczne swetry” pruje i splata z nich niezłą designerską makatkę.

Przedstawienie podzielone jest na dwie części. Pierwsza przedstawia dzieje Klopsa (Andrzej Plata), druga to talk-show, w którym awatar Mateusza Pakuły (Dawid Żłobiński) spotyka się z okradzionym autorem tekstu (Wojciech Niemczyk).

Bohater tej sztuki Czlowień-Hans Klops, to postać niczym z american dream: piękna żona, idealne dzieci, dobra praca. Wspólnie z rodziną chodzi do kościoła, rozmyśla o kosmosie i modli się o pokój na świecie. W idylliczność wkrada się jednak pewien strach. Nasz wspaniały bohater zaczyna tracić po kolei to, co posiada, a wszystko to odbywa się w konwencji tanich opowieści fantasy i filmów akcji klasy B, którymi nie pogardziłby pewnie sam Tarantino. Cały spektakl to potężna dawka humoru, dzięki której niemal niezauważenie dociera do nas gorzkie i nurtujące podświadomie pytanie: jak to w sumie w tym naszym życiu jest? Czy istnieje jakaś siła, która nadaje tej walce sens? Czy przypadkiem nie rządzi nami szatańska Marchew (Zuzanna Skolias) do spółki z Pieczarką (Antonis Skolias). Czy wszystko to tylko gra, w której jesteśmy ludzikami/pionkami z papier-mâché stworzonymi i porozstawianymi w foyer przez scenografkę Justynę Elminowską (odniesienie do twórczości Isaaca Cordala). Te małe ludki wpisały się niespodziewanie dobrze w tematykę spektaklu bowiem oprócz przewidzianego dla nich znaczenia, życie (?) napisało dla nich dodatkowy scenariusz. Zostały bowiem po premierze szybko i bezprawnie przywłaszczone. Prawdopodobnie przez nowych „bogów”, teraz oni postawią je sobie na półce w salonie i każą im stać tam do czasu, aż się nimi nie znudzą. 

„Twardy gnat, martwy świat” to opowieść o współczesnym społeczeństwie, które tak naprawdę dąży do wspaniałego, papierowego życia superbohatera Hansa, prawie Klossa. Zapomina jednak o tych najważniejszych pytaniach, fundamentalnych przecież dla naszego jestestwa. 

Śmiejemy się, czując się bezpiecznie na widowni, jak Klops w swoim różowym życiu, lecz nas również dotyczy ten jego, wydawałoby się, irracjonalny strach. Pakuła i Rysová konfrontują nas z rzeczami ostatecznymi, bezwarunkowo nas dotyczącymi. Z egzystencjalnymi pytaniami, które obdzierają nas z bezpiecznych codziennych masek. Pakuła obnaża nasze spojrzenie na świat. Każda z opisanych w sztuce postaci to jakby klisza, która jednak doskonale odsłania stereotypową postać: lekarza, prezenterki itd. 

W spektaklu znajdziemy zabawę konwencjami i stylistyką na poziomie językowym (językowa gra to przecież znak rozpoznawczy Pakuły) jaki wizualno-aktorskim. Mamy tu stand-up, pastisz, teatr w teatrze, a nawet nawiązywanie do przypadkowych wydarzeń za oknem (demonstracja). Mnóstwo niuansów językowo-semantycznych, odniesień do szeroko pojętej kultury, sprawia, że „Twardy gnat, martwy świat” to spektakl niezwykle bogaty w warstwie znaczeniowej.

Na uwagę zasługuje wspaniała gra Andrzeja Platy – wreszcie dostał chyba rolę. w której w pełni mógł zaprezentować swój kunszt aktorski i rewelacyjna Zuzanny Skolias jako szatańskiej Marchewki/Prezenterki. Całość została okraszona muzyką na żywo rodzeństwa Skoliasów. Genialna, konsekwentna reżyseria Evy Rysovej sprawia, że całość jest dobrze dopracowana, a wszystkie smaczki językowo-znaczeniowe odpowiednio wyeksponowane.

Justyna Elminowska zaprojektowała scenografię na wzór wnętrza lodówki, z plastikowymi pojemnikami, w których przechowywana jest Marchewka i Pieczarka, gdzieś obok stoi śmietanka do kawy, na półce wyżej leży pomidor. Lodówka to obraz współczesnego społeczeństwa, pełnego świeżych, pięknych, ale przecież martwych (bez duszy, egzystencjalnie zahibernowanych) produktów. Scenografia przypomina też miejsce eksperymentu, studium jednostki, którą oglądamy na tle białych ścian. Całość dopełnia świetnie dopasowana gra świateł, za które odpowiada Mateusz Wajda. Wszystko to, stwarza naprawdę rewelacyjną całość, którą warto zobaczyć.