sobota, 30 lipca 2016

Zasnąć w pluszu ("Misiaczek")

Agnieszka Kozłowska-Piasta
("Projektor" - 3/2015)
Milutko, pluszowo, cieplutko i mądrze jest w misiowej jaskini Teatru Lalki i Aktora „Kubuś”. Druga propozycja z cyklu „Baja dla Najnaja” – „Misiaczek” – skromna, bezpretensjonalna opowieść Marty Guśniowskiej w reżyserii Anny Nowickiej, wprowadza maluchy w zaczarowany świat tysiąca sposobów na… zaśnięcie.

Fot. Bartek Warzecha
„Misiaczek” dzieje się na małej scenie, przystosowanej dla potrzeb najmłodszego widza. Zamiast dużych, ciemnych przestrzeni, przerażającego wnętrza sceny czy straszących gdzieś nad głową reflektorów mamy mięciutką, sympatyczną norkę – jaskinię państwa misiów. Dzieciaki siedzą na miękkich poduszkach, a aktorzy w polarowych, przytulnych kostiumach, grają na wyciągnięcie ręki. Przed wejściem na widownie trzeba – jak w domu – nawet zdjąć buciki i założyć kapcie.

A o czym jest opowieść? O małym Misiaczku, który za nic nie chce zasnąć. Babcia i dziadek opiekujący się maluchem pod nieobecność mamy proszą o pomoc małych widzów. Maluchy liczą owce, kołyszą hamakiem, udają pszczółki. Wszystko na nic. Misiaczek spać nie zamierza. 

Aktorzy grające rolę dziadków – Zdzisław Reczyński i Agata Sobota doskonale radzą sobie z nieletnią widownią, delikatnie nie nachalnie wciągając ja do wspólnej zabawy. Sympatyczne niedźwiedzie, jak prawdziwe babcie i dziadkowie budzą ciepłe i miłe skojarzenia. Tym bardziej mały Misiaczek – pluszowa lalka animowana przez aktorów.

Marta Guśniowska nie raz już udowodniła, że potrafi ciekawie i mądrze opowiadać baśnie. Na kieleckiej scenie całkiem niedawno widzieliśmy wspaniałą opowieść o prawdziwym pięknie, czyli „O Pryszczycerzu i królewnie Pięknotce”. Przytulną, spokojną historią niesfornego, a raczej nieśpiącego Misiaczka autorka pokazuje, że potrafi rozmawiać z naprawdę małymi dziećmi. Jej intencje doskonale wyczuła reżyserka spektaklu, nie siląc się na widowiskowe fajerwerki. Przystosowany do percepcji naprawdę małych widzów spektakl nie dłuży się, jest zrozumiały, czytelny i niezbyt skomplikowany. Skromny spektakl jest jak bajka opowiadana na dobranoc – powolna, spokojna, pełna ciepła, radości i pewności, że z najbliższymi nic złego nocą stać się nie może. Ma także morał: ukojenie i prawdziwie spokojny sen może dać tylko mama.

Bez dziadków ani rusz

Dziedziczenie genów to bardzo skomplikowana sprawa. Nie wiadomo, czy nasze dzieci będą podobne bardziej do nas, czy np. odziedziczą kolor oczu czy włosów po swoich dziadkach. Podobno genetycznie dziedziczymy także talenty, upodobania, smaki, a nawet strach. Jedno jest pewne: na nasze geny nie mamy wpływu. Ale przecież to kim jesteśmy zależy nie tylko o łańcucha chromosomów, ale także, a może przede wszystkim od tego, kto i jak wprowadza nas w życie, czego nas uczy, o czym przypomina i w jaki sposób o tym mówi. I o tym drugim, cenniejszym i ważniejszym dziedziczeniu opowiadają „Dziadki, dziatki” Elżbiety Chowaniec w reżyserii Marka Zákostelecký'ego.

Główny bohater Henri jest grany aż przez czterech aktorów. Może być dzieckiem, młodzieńcem, dorosłym i starcem i często we wszystkich czterech postaciach równocześnie występuje na scenie, namacalnie pokazując małej i dużej widowni dorastanie i bezlitosny upływ czasu. Henri ma wyjątkowego dziadka, który wprowadza go w świat magii. Jest bowiem dyrektorem teatru i uczy młodzieńca cyrkowych i teatralnych sztuczek. Henri jest jego spadkobiercą: zostaje następnym dyrektorem teatru, lalkarzem i strażnikiem pamięci o dziadku, gdy jego już zabraknie.

Dowcipny, pełne energii i absurdalnych żartów spektakl jest wspaniała przypowieścią o przemijaniu i pamięci o naszych bliskich zmarłych. Dziadek Henri’ego znika, podobnie jak wszyscy kochani dziadkowie i babcie na świecie. Co po nich zostaje? Henri poznaje jeszcze kilka historii. Jeden dziadek założył kielecki park, drugi ponazywał gwiazdy na niebie, trzeci stał się wiatrem, bo kochał szybka jazdę na motorze, a po czwartym został taniec połamaniec, zainspirowany pysznymi flakami. Każda z historii opowiedziana jest w innej lalkarskiej stylistyce. Jest teatr cieni, małe pacynki, marionetki, olbrzymie manekiny i maski – jak przystało na porządny, objazdowy teatr, którego dyrektorem jest dziadek Henri’ego.

„Dziadki, dziatki” to dla dzieci przede wszystkim doskonała zabawa, zagrany brawurowo, w szybkim tempie spektakl. Tu nie ma miejsca na pomyłki i spóźnienia, bo całość rozleciałaby się jaki domek z kart, więc od aktorów reżyser wymaga niezwykłej precyzji. Czterej bohaterowie Mikołaj Biernacki, Michał Olszewski, Zdzisław Reczyński, Andrzej Kuba Sielski radzą sobie z tym zadaniem doskonale. Towarzyszą im tylko dwie urocze i niezwykle przydatne asystentki: Ewa Lubacz i Magdalena Daniel. Tempo zapiera dech w piersiach widowni, śmiechy i uśmiechy z twarzy malców nie nikną. Tej spontanicznej, pełnej dobrej energii zabawie sprzyja także doskonała scenografia – nastrojowy, choć nieco staroświecki i prowincjonalny teatr – z oświetloną rampą i krwistoczerwoną kurtyną. Jej autorem – podobnie jak kostiumów i projektów lalek jest Marek Zákostelecký.

„Dziadki, dziatki” pokazują, że pozostaną po nas nie tylko smutne, opuszczone, nikomu niepotrzebne przedmioty, graty, papiery i śmieci. To, kim jesteśmy dla najbliższych stanie się magicznym, ciepłym i czasami bardzo baśniowym wspomnieniem. O to powinniśmy się starać już dziś i tego powinniśmy sobie wszyscy życzyć.