piątek, 29 lipca 2016

Teatr śmierci na wesoło („Jakiś i Pupcze” Hanocha Levina)

Paulina Drozdowska
("Projektor" - 2/2014)
„Jakiś i Pupcze” Hanocha Levina w reżyserii Piotra Szczerskiego w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, wraca do przedwojennego świata, którego mieszkańcy dzielą problemy ludzkości każdej epoki. Brzydota i niedoskonałość ciała ubrane są tu w kostium „klasycznej awangardy”.

Teatr śmierci” – tak Krzysztof Pleśniarowicz, prekursor badań nad dokonaniami Tadeusza Kantora, określił jego twórczość. Nie chodzi tu o rangę opisywanej sztuki teatralnej na kieleckiej scenie, ale estetykę. „Jakiś i Pupcze” pod wieloma względami przypomina świat kreowany przez Kantora. Są rzecz jasna różnice i to dość istotne, powtórzę także, nie porównuję przedstawień pod względem ich wielkości. Nie sposób jednak zignorować tej analogii.

Skojarzenie z estetyką kantorowską jest nachalne, począwszy od pierwszych sekund przedstawienia i choć w trakcie spektaklu w salwach śmiechu może na chwilę znikać, to wraca gwałtownie na końcu, by pozostać z widzem po spektaklu. 

Gdy poły kurtyny rozstępują się, widzimy mrok przestrzeni, konsekwentnie przecięty elementem scenografii. Hanna Szymczak zaaranżowała scenę ustawiając pośrodku osamotnione wielkie drzwi, które są nie tylko bardzo efektowne, ale i funkcjonalne. Niczym drzwi szafy z „Opowieści z Narnii” przenoszące w inne światy albo kurtyna dawniej oznajmiająca o początku i końcu aktu. Tu zdarza się, że po zamknięciu drzwi jakaś postać zabłąka się na scenie z przesłaniem do publiczności, w stylu antycznego chóru.

Aktorzy na scenie poruszają się „zbici” w grupę, jak w „Umarłej klasie” –swoją drogą ten zabieg, prawie niestosowany już przez młode pokolenia reżyserów, świetnie służy przedstawieniu Szczerskiego – postaci tworzą wspólnotę, z którą się identyfikują, są jednakowi, i dobrze, bo tu nie chodzi o łowienie indywidualności. A świat przedstawiony w spektaklu to rzeczywistość, z której nie może być ucieczki, nie ma więc potrzeby jej rozbijać. Większość aktorów ma pobielone twarze, wyglądające jak maski i czarne przedwojenne stroje. Przypominają postaci-marionetki mistrza awangardy. Świat mroczny i groteskowy, nad który nadciąga duch wojny podkreśla muzyka Zygmunta Koniecznego – smutna, acz przewrotna, w jakiś dziwny sposób podkreśla karykaturalność sytuacji. W umyśle zaczyna pobrzmiewać wykorzystany przez Kantora "Walc Francois", po przeróbce syna Krasińskiego Zygmunta (chodzi o utwór skomponowany przez Adama Krasińskiego w 1905 r. – red.), utwór jakby pogruchotany, ale jeszcze wspanialszy. Aktorzy muszą się mierzyć z muzyką Koniecznego w solowych piosenkach. Zadanie niełatwe, bo w jednym utworze, Konieczny miesza rytmy i tonacje, wierząc w kunszt wokalny występujących. Mam tylko jedno zastrzeżenie, mianowicie, czy to autoplagiat, skoro deklaruje się, że twórca skomponował muzykę od początku, tymczasem powierza Joannie Kasperek do wykonania piosenkę łudząco podobną do napisanego przez siebie przed laty utworu „Oczy tej małej?”

Aktorzy kieleckiej sceny w przedstawieniu „Jakiś i Pupcze” radzą sobie dobrze. Zdecydowanie najbardziej w pamięć zapada Dziwka Forsedes, czy jak kto woli, Masażystka Artystyczna – w tej roli Joanna Kasperek, która zwłaszcza ostatnio, jak gdyby współpraca z młodymi reżyserami (Rychcikiem i Rubinem) to sprawiła, „wyluzowała się” na scenie. Jej postać jest prowokująca, bezczelna, jak na kobietę lekkich obyczajów przystało i grubiańska, tak jak jej wygląd W tym wypadku to zalety, bo grana przez Kasperek postać to nie luksusowa kurtyzana, tylko prowincjonalna prostytutka. Warto wspomnieć też o Krzysztofie Grabowskim, którego od niedawna możemy oglądać na deskach kieleckiego teatru, jego Szwagier jest dokładnie taki, jaki być powinien: zarozumiały, sprytny, dowcipny, zawadiacki, a przy tym urokliwy.

W ogóle przedstawienie broni się jako całość. Przede wszystkim jest naprawdę zabawne, a śmiech w teatrze niełatwo wzbudzić. Niektórzy mogą twierdzić, że żartuje się tu niewybrednie, ale moim zdaniem to humor w dobrym tonie, choć dosadny – nikogo nie obraża, a jedynie wyciąga na powierzchnie sprawy i problemy, z którymi borykamy się przecież wszyscy. To z pewnością zasługa reżysera i przekonującej gry aktorskiej całego zespołu. Trzeba przyznać jednak, że mieli do tego świetną bazę – tekst Levina – niezwykłego autora, który umiał dotykać sedna natury ludzkiej. Tęsknotę pisarza za Polską, krajem swych przodków, świetnie oddała tłumaczka Ela Sidi. Levin utrudnił pracę tłumaczom tworząc dużo neologizmów, polskiego nie znał, a jedynie zasłyszał w dzieciństwie od matki kilka słów. Zastanawia końcówka przedstawienia, której nie można wytłumaczyć inaczej, jak tylko jako aluzję do wydarzeń II wojny światowej, drugie bodaj odniesienie do niej w spektaklu. Zakończenie dobre, bo mocne, tylko, czy temat brzydoty i ułomności ludzkiego ciała nie wystarcza i sam w sobie nie niesie ogromnego ciężaru, który przykryty śmiechem, jakby umyka?