sobota, 30 lipca 2016

Lordowskie kąpielisko („Lordy: Lord Kantor / Lord Milord / Lord Herling" Mateusza Pakuły)

 Agata Kulik
("Projektor" - 2/2015)
„Lordy:
Lord Kantor / Lord Milord / Lord Herling"
to kolejna prapremiera w Teatrze
im. Stefana Żeromskiego w Kielcach
stworzona przez duet
Mateusz Pakuła – Eva Rysová.

Podobnie jak w „Twardym gnacie” znów dostajemy słodkie
ciastko z gorzką pigułką w środku. Autorzy zadają
nam pytania na temat naszej tożsamości, pamięci,
wspomnień i tego jak nas one kształtują i jaki wpływ
maja na nasze życie. Pakuła i Rysová pytają dokąd
zmierza nasz świat? Czy potrafimy/ możemy jeszcze
być szczęśliwi w rzeczywistości, w której żyjemy?
„Lordy” to tryptyk, którego inspiracją było trzech lordów
− ojców-mentorów czy właściwiej może superbohaterów
Mateusza Pakuły. Lord Kantor, to oczywiście sztuka
inspirowana twórczością, a zwłaszcza ideą Teatru
Śmierci, Tadeusza Kantora. Lord Milord − część poświęcona
ojcu pakułowych językowych poszukiwań −
Mironowi Białoszewskiemu. Z kolei w Lordzie Herlingu
− duet autorów spektaklu mierzy się, ze wspomnieniami
zarówno Herlinga-Grudzińskiego, jak i swoimi własnym
− tożsamymi dla naszego pokolenia.

Wbrew pozorom i oczekiwaniom niektórych, „Lordy” to
jednak nie przedstawienie o Kantorze, Białoszewskim
i Herlingu-Grudzińskim. Mylił się ten, kto przyszedł
do teatru z nastawieniem na spektakl pomnik/laurkę.
Pakuła tylko wykorzystuje tych twórców jako swoistą
muzę. Mierzy się z nimi i z ich paradygmatami. Zderza
ich twórczość z postmodernistyczną rzeczywistością.
W „Lordach” znajdziemy więc charakterystyczną dla
dramatów Pakuły zabawę konwencjami i językiem, eklektyzm
form i wszechobecną intertekstualność.

W części pierwszej Pakuła zabiera nas w kosmiczną
podróż − misję razem z kapitanem Johnem 102 (Edward
Janaszek) i komputerem pokładowym Miszel Komodore
(Andrzej Plata) na planetę Melancholia. Aktorzy siedzą
z przodu sceny recytując swoje kwestie, a z tyłu
pojawiają się ich awatary w postaci: Sigmy z Matplanety
– John 102, dmuchanej kuli (umierająca gwiazda) – Kosmiczny
Karzełek i wielkiego kleszcza – Lorda Kantora,
którego wspaniale animuje Zuzanna Skolias. Plażowa
piłka – emotikona wiszącą niczym słońce nad całym
planem, pokazuje nam jakie uczucia/stany emocjonalne
powinniśmy w danym czasie odczuwać – tak na wszelki
wypadek jakbyśmy zapomnieli. Tymczasem na planecie
Ziemi panuje jakiś Armagedon. Zostali tam, już tylko
ludzie-karzełki otrute smogiem, albo ludzie w garniturach
i garsonkach, a w większych miastach grasują
dzikie bobry i Godzille. W kosmosie, za to przebywają
ludzie klony, którzy tak jak John uczą się wspomnień
swoich poprzednich wcieleń- sposób na nieśmiertelność.
John walczy z Lordem Kantorem, który niczym wielki
kleszcz w takt „Marszu Imperialnego” z „Gwiezdnych
wojen” wysysa ukradzione z dysków wspomnienia całej
ludzkości.

Z jednej strony wspomnienia dają więc pewien rodzaj
nieśmiertelności (wiecznie żywy w mej pamięci). Z drugiej
strony Lord Kantor zdaje pytanie, czy to przypadkiem
nie pamięć i wspomnienia używają nas do swoich
celów? Muszą bowiem, by „istnieć”, mieć coś/kogoś, kto
je przetworzy i zachowa.

W części drugiej, która jest nam zaserwowana w postaci
seansu kinowego, na warsztat został wzięty Miron
Białoszewski. Ta filmowa część została zrealizowana
przez Mateusza Wajdę. Aktorzy występują w niej w
prawdziwym/czynnym basenie wraz ze swoimi dziećmi.
Przekazywanie życia, życiodajność wody, rodzicielstwo,
to słowa klucze do tego utworu.

Część trzecia -„Lord Herling” zagrany jest w konwencji
stand-upu pomieszanej nieco z musicalem. To część, w
której wspomnienia Herlinga-Grudzińskiego przeplatają
się z autobiograficznymi wątkami z życia Mateusza
Pakuły. Wspomnienia autora dramatu, dorastającego na
uroczym blokowisku Uroczysko, to wspomnienia uniwersalne
dla większości pokolenia dzisiejszych 30-, 40-latków.
Pakuła zgrabnie wplata w tą cześć dramatu klimat
Denttown lat 90. Tworząc tym samym swoisty portret
Kielc – miasta blokowisk, kamieniołomów i raperów.
Na uwagę zasługuje świetna muzyka w wykonaniu
rodzeństwa Skoliasów wspomaganych przez Marcina
Pakułę, oraz wprost genialna scenografia i kostiumy
Justyny Elminowskej. Na scenie zobaczymy fragment
niszczejącego odkrytego basenu. Jeszcze zanim rozpoczęło
się przedstawienie moje skojarzenie było jedno
– basen na stadionie Leśnym, symbol beztroskiego
dzieciństwa, który istnieje już tylko na zdjęciach i we
wspomnieniach.

To także dla mnie taki mały „ocenami wspomnień”,
w którym można się w tychże wspomnieniach zanurzyć
i taplać niczym żony Herlinga.

Podobno dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi,
ale zapewniam, że do suchego basenu można. Ja na
pewno skorzystam z tej opcji, bo „Lordy” sprawiły,
że dawno się tak nie śmiałam. Dodatkowym bonusem
jest fakt, że wychodzisz ze spektaklu z pieśnią na ustach
(no może raczej jak w końcu przystało na kielczan
z rapem na ustach).