piątek, 29 lipca 2016

Teatr w czasach Big Brothera (Głośne czytania dramatów)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 2/2013)
W epickim dramacie Tadeusza Różewicza „Odejście Głodomora” ukazana zostaje w sposób niemal proroczy (zamysł tekstu powstał w latach 60.), antycypowana przez autora teraźniejszość pierwszej dekady XXI w. Świat nieustannego reality show.

Nie jest to bynajmniej prefiguracja widowisk znanych jeszcze z „Koncertu świętego Owidiusza” Buero Vallejo czy „Dziwolągów” Toda Browninga. Tamten (świat) zaczął się uczłowieczać, zginął wraz ze schyłkiem epoki wiktoriańskiej i „etycznego” pozytywizmu. Jego przedstawiciele jak słynny „człowiek-słoń” stali się – powoli – cokolwiek ekscentrycznymi członkami społeczeństwa. Chodzi o przestrzeń, w której pojęcie „theatrum mundi” nabrało cech tak makabrycznie realnych, że oderwało się od metaforycznego pojęcia brzmiącego tak pięknie we frazach Calderona, Szekspira i Lope de Vegi.

„Theatrum mundi” pod prysznicem

Różewicz antycypuje medialne spektakle, w których widz godzinami wpatruje się w leżących na trawie zwyczajnych ludzi, wysłuchuje pogadanek przy barowym stoliku, miesza je z doniesieniami o kolejnej wojnie na antypodach. I obojętnieje wobec stosu ciał, zajmując się raczej problemem silikonowego biustu inteligentnej inaczej ze szklanego ekranu.

Różewicz mówi o śmierci teatru i tekstu scenicznego. Poezja jeszcze broni się metafizycznym nimbem czasów minionych. Poetą jest zresztą, co dwudziesty obywatel nadwiślańskiego kraju. Proza – w większości przypadków – pozwoliła się zepchnąć do statusu pozornie intelektualnego zapychacza czasu. Zaś dramat... Nie prześcignie przecież czterdziestej czwartej edycji „Big Brothera”. Ścigając się na ekshibicjonizm z telewizją skazuje się nie tylko na porażkę, ale i na śmieszność.

To szaleństwo i dziwactwo współczesnego „theatrum mundi” wyzwala – u niektórych odbiorców – tęsknotę za przeżyciem autentycznym, obcowanie ze słowem, dialogiem i monologiem scenicznym sprawnie napisanym. Za literaturą na scenie.

Stąd właśnie ten tekst i głośne czytania dramatu zainicjowane przez lokalny oddział Związku Literatów Polskich w Pedagogicznej Bibliotece Wojewódzkiej w Kielcach (dzięki uprzejmości i finansowemu wsparciu jej dyrektor – Urszuli Salwy). Zasada spotkań jest tylko jedna: promowane są teksty, które nie zaistniały jeszcze w szerszym obiegu teatralnym, a ich autorami są twórcy żyjący w regionie świętokrzyskim lub z nim związani.

Gombrowicz frenetyczny

Mając sześciokrotnie przyjemność wygłaszać słowo krytyczne przed oddaniem głosu aktorom, mogę pokusić się o kilka wniosków, uwag konstytuujących formalne i treściowe cechy prezentowanych dramatów scenicznych. Wyraźnie dominujący wśród czytanych tekstów pozostaje temat historyczny z obecnym wątkiem Holocaustu i rozliczeń z PRL-owską przeszłością (dwukrotnie).

„Wesele Gombrowicza” Dariusza Kowalczyka to utwór czerpiący z biografii (zwłaszcza epizodów przetransponowanych ze „Wspomnień polskich”) i dzieła autora „Kosmosu”. Jest próbą wyjścia poza schemat „opowieści o wielkiej postaci”. Korzysta z poetyki snu, odniesień do „Wesela” Wyspiańskiego, w dalszym planie z „Polowania na karaluchy” Głowackiego, stwarzając punkt odniesienia do dyskusji. Najprawdopodobniej jednak dyskusji spóźnionej – tekst bowiem powstał ponad ćwierć wieku temu – zwłaszcza w kontekście niedawnej publikacji „Kronosa”.

Symulakry i simy

Do wirtualnego kosmosu przenosi nas „cyfrowa tetralogia” Krzysztofa Kowalskiego. Głośne czytanie ukazało nam środkową jej część, dramat „Alt+Tab”. W tym przypadku konteksty można mnożyć. Od filmowego „Matrixa”, którego bohaterowie przerzucają się cytatami z Baudrillarda o „pustyni rzeczywistości” do teoretyka kultury Paula Virilio, który twierdził, że „to nie my postrzegamy przedmioty, lecz przedmioty nas postrzegają”.

Tekst przenosi nas bezpośrednio do świata gier komputerowych. Tutaj postaci noszą imiona Lara (Croft – bohaterka serii „Tomb Raider”) i Doom (zarazem tytuł najpopularniejszej komputerowej „rąbanki”). Gdy za oknem przejeżdża samochód to prowadzi go Collin – bohater „gier samochodowych”. W tekście rozsiane są aluzje do literackiej twórczości Philipa Dicka, który zajmował się problematyką światów równoległych.

Dedykacja do jednego z tekstów odsyła nas wyraźnie do intencji autora. „Simom, symulakrom...” czytamy. „Symulakr” to termin wprowadzony przez francuskiego filozofa Jeana Baudrillarda. W książce „Symulakry i symulacja” postawił tezę, że człowiek dążąc do prawdy o świecie tworzy jego wirtualny model, który w pewnym momencie zaczyna być tak idealny, że zastępuje całą metafizykę, Boga, religię... Przedmioty i pojęcia występujące w tym świecie są tak doskonałym naśladownictwem, jak pisze Baudrillard, że wydają się jak najbardziej realne. Są symulakrami.

Z kolei „Sim” to istota wirtualna, zaprojektowana i sterowana przez gracza, żyjąca w wirtualnym trójwymiarowym świecie – gdzie, można jej kupić mieszkanie, wysłać do ciekawej pracy. „Sim” to takie inne, lepsze „ja”, które może być gwiazdą rocka, płatnym zabójcą i mieć elektryczne kochanki.

Grecka tragedia

Trzecie głośne czytanie poświęcone zostało „Szmacianej lalce” Jana Krzysztofczyka, prozaika i dramaturga zmarłego w 2008 r. Tekst nagrodzony w ogólnopolskim konkursie w 1992 r. i zrealizowany w następnym sezonie na antenie I Programu Polskiego Radia jest – jak prawie wszystkie utwory autora „Kłopotu Pana Boga” – traktatem o moralności.

Ascetyczna w formie, oszczędna w słowie, historia z okresu II wojny światowej rozgrywa się wedle zasad greckiej tragedii. Mamy jedność miejsca, czasu i akcji, zaś główny bohater (Leśniczy), kierujący się nakazem moralnym niesienia pomocy bliźnim jest z góry skazany na klęskę. Fatalistyczna opowieść z czasów zagłady nie nadaje się na wysokobudżetowy film. To – paradoksalnie – krótka narracja dialogowa o zwykłym człowieku postawionym w sytuacji ekstremalnej. Gdy wiedziony ludzkim odruchem Leśniczy chce podać chleb głodnym żydowskim dzieciom zamkniętym w obozie przejściowym, jest po prostu (lub aż) człowiekiem.

Kulminacyjny punkt (tu znów odniesiemy się do arystotelesowskiej „Poetyki”) – jego rozmowa z Komendantem – to starcie dwóch przeciwstawnych racji. Finał: zastrzelenie dzieci i śmierć rozszarpanego przez niemieckie psy Leśniczego ma wymiar uniwersalny, lecz nie przynosi katharsis. Wywołuje bunt przeciw porządkowi świata.


W oparach PRL-u

Słabo wypełnioną kartą lub używając idiomu Żeromskiego „blizną niezarośniętą błoną podłości” – pomimo licznych realizacji w ostatnim dwudziestoleciu – pozostaje rzeczywistość powojenna. Stalinizm, marzec 1968... odkrywane po latach lub przywoływane przez uczestników wydarzeń, dławione przez dziesięciolecia albo spychane w odmęt niepamięci. Nie dziwi zatem ilość tekstów poświęconych historii najnowszej.

„Wizyta”, słuchowisko Bohdana Gumowskiego jest opowieścią o spotkaniu lekarza Michała z ciężko chorym oficerem UB. Oficerem (tu stosuje autor prawie dokumentalny zabieg retrospekcji), który najpierw zmusił go do wstąpienia na Wojskową Akademię Medyczną, a następnie – w zamian za zgodę na wyjazd zagraniczny – starał się zmusić do współpracy.

Twórca umiejętne uwiarygodnił psychologiczne opisywaną sytuację (z dominującą rolą oficera – manipulatora, który siłą rzeczy musi odstręczać i fascynować zarazem), ukazał proces zastraszania, tworząc dramat mieszczący się w nurcie rozrachunkowym literatury polskiej, obok „Norymbergi” Wojciecha Tomczyka czy „Misia Kolabo” Piotra Kokocińskiego.

Niejednoznaczna, ukryta została również decyzja głównego bohatera. Nie wiemy czy śledczy złamał Michała... Finałowa rozmowa z żoną nie wyjaśnia nam nic, pozostawia pole manewru dla wyobraźni odbiorcy.

„Oficyna” Włodzimierza Kłaczyńskiego nosi podtytuł „komedia nieoptymistyczna”. To wyraźnie ironiczna aluzja do, granej kiedyś na wszystkich scenach demoludu „Tragedii optymistycznej” Wsiewołoda Wiszniewskiego. Zarys fabularny dramatu – uwłaszczenie i wygnanie dawnych właścicieli – pojawiają się zarówno w realizacjach znanych przede wszystkim ze szklanego ekranu: „Domu”, „Bożej podszewce”, ale odsyłają nas do „Pałacu” Wiesława Myśliwskiego, który adaptował na potrzeby scenariusza tekst „Popielca” Kłaczyńskiego.

Słowem, którego użyłbym dla określenia kondycji bohaterów dramatu jest metamorfoza. W rzeczywistym czasie akcji, który określić możemy – między październikiem 1944 r., a sierpniem/wrześniem roku następnego – następuje wymiana klas i stanowisk. Bohaterowie wciąż opatrzeni są określnikiem „byli”. Staje się on jakby konstytuantą ich nazwisk. Lecz równoprawnym bohaterem dramatu jest język. Postaci nie posługują się tu powszechnym, zrozumiałym dla każdego tekstem. Każdej przypisany jest idiolekt: czy to gwara, wysmakowany język hrabiego dżentelmena, nowomowa, rosyjski bądź niemiecki.

Jest też „Wizyta” dramatem o rozpadzie więzi – międzyludzkich, historii, rodzinnych (gdy ktoś próbuje ocalić przeszłość ignorując pozornie nowe czasy, przystosować się lub nawet jak młody hrabicz wejść w rodzaj układu z systemem). Finalny gest Hrabiego Stajeńskiego – zakup ekskluzywnego zestawu wędkarskiego miast zapłaty grzywny – ma w sobie coś straceńczego, coś z ułańskiej fantazji. Jest gestem w istocie samobójczym, próbującym zakląć rzeczywistość. Pewnie nie zgodziłby się ze mną autor, ale widzę w tym podobieństwo do sceny finalnej z „Pożegnań” Hasa, gdy bohaterka z obojętnością, ale podszytą straceńczą radością gryzie jabłko patrząc na czołgi. „Wreszcie się skończyło/ niech wreszcie się skończy...” zdają się mówić postaci.

Pływak

Tekst ostatni („Obywatel Szrajbman”) wyszedł spod pióra autora niniejszego tekstu. Stoję zatem przed dylematem, z którego mógłbym wybrnąć stosując wytrych, frazę wypowiedzianą niegdyś przez znanego twórcę: „Nie wiem o czym to jest, ja to tylko napisałem”. Trudno, narażając się na zarzut braku obiektywnej oceny postaram się zrelacjonować treść dramatu.

To pokawałkowana na krótkie sceny, utrzymana w formie filmowej opowieść o Ilji Szrajbmanie, pływaku, przedwojennym mistrzu Polski, uczestniku IO w Berlinie, który w 1940 r. miał zagrać główną rolę w polskiej ekranizacji przygód Tarzana. Losy tytułowego bohatera od wczesnego dzieciństwa do śmierci w powstaniu w getcie warszawskim pokazane zostały poprzez szereg retrospekcji, rzucone na szersze tło relacji polsko-żydowskich w przedwojennej stolicy.

Wyprowadzona ze szczątkowej noty prasowej historia splata losy przedwojennych, wybitnych postaci polskiego sportu (bracia Szrajbmanowie, Szapsel Rotholz, Kazimierz Bocheński) i środowiska filmowego (Juliusz Gardan, Michał Znicz, Eugeniusz Cękalski). Teraźniejszość warszawskiego getta, gdzie na pianinie przygrywa Władysław Szpilman, śpiewa „słowik” Maria Ajzensztadt przechodzi w ciąg nakładających się jak w mozaice obrazów z zawodów sportowych, filmowego planu studia „Sfinks”, aż do wielkiej wywózki i powstania. By na koniec stać się fantasmagorią konającego bohatera. Nawiasem, pięknym, bo nierealnym, chwytem znanym z kina lynchowskiej epoki postnowoczesnej.

Tragedią tego świata polsko-żydowskiego było, że bohaterowie, nikną zniszczeni huraganem historii. Są jak symbol przedwojennego kina, amant Eugeniusz Bodo, którego zdjęcie z ogoloną głową, wychudłego, pędzonego gdzieś do sowieckiego łagru stało się ikoną polskiej kultury.