sobota, 30 lipca 2016

Gmach chrześcijańskiego miłosierdzia ("Hemar poeta przeklęty", Teatr im. Stefana Żeromskiego)

Grzegorz Rak
("Projektor" - 6/2014)
Mamy w pamięci spektakl „Hemar”, którym Wojciech Młynarski uczynił hołd starszemu koledze po piórze. Widzowie idący na widowisko autorstwa i w reżyserii Piotra Szczerskiego w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach nastawiają się na spotkanie z przesympatyczną, przedwojenną piosenką.

Fot. Tomasz Kozłowski
Od razu „uprzejmie donoszę” – w tym względzie nie czuję się rozczarowany, ale to nie powód do pisania o świetnym, mistrzowsko przez aktorów zagranym, spektaklu. Jedna z tajemnic sukcesu „Hemara poety przeklętego” polega na zaskoczeniu, jakiego widz doświadcza w każdej fazie widowiska. Więc początek. Słuchamy tych hemarowskich hitów, ale w mocno nietypowym miejscu i nadających współczesny oddech aranżacjach. Świetnie grający, lekko swingujący zespół, do tego bardzo dobrze śpiewający i „ogrywający” piosenki aktorzy! To dopiero trzęsienie ziemi, po którym napięcie rośnie.

Niezwykle „zagrał” Piotr Szczerski obiektem przy ulicy Sienkiewicza. W sposób przemyślany i konsekwentny, totalne użył budynku teatru. Z naciskiem na słowo totalnie! Tu godzi się zauważyć świetną robotę scenografa Jerzego Sitarza. Scenografia i rekwizyty uczestniczą w zdarzeniu, budują klimat i popychają akcję widowiska. Piszę tu o nie dzisiaj odkrytych rzeczach; choćby przywołajmy „Dziady” Swinarskiego, z Kielc pamiętną „Kartotekę”, zagraną w holu z twórczym wykorzystaniem do dziś istniejącej na parterze toalety – kto był, ten wie o czym piszę – czy wkraczającą poprzez scenografię do foyer, adaptację „Pana Tadeusza”.

Wciąganie widzów do budowania spektaklu i to na pograniczu dobrego smaku, niedawno mieliśmy w głośnej „Carycy Katarzynie”. Jednak nie odkrywcze rozwiązania przekazu teatralnego stanowią o wielkości sztuki. Jest jeszcze pytanie – po co? Środki zastosowane przez Piotra Szczerskiego są po to, aby jak najskuteczniej zagrać na naszych duszach; poruszyć je i nie zostawić w obojętności po opuszczeniu teatru. Korzysta po mistrzowsku z tego, co współczesny teatr daje mu do dyspozycji. Czyni to delikatnie, najdelikatniej jak w tym wypadku można, a swoje osiąga. Naprawdę czujemy strach i niepewność, kiedy zjawiają się barbarzyńcy ze Wschodu. Zaiste, ciarki chodzą po plecach! Droga niesławy z fragmentem z „Bema pamięci rapsodu żałobnego” Czesława Niemena w tle, to bardzo mocne przeżycie. Wreszcie kiedy myślimy, że już złapiemy oddech, że teraz będzie wygodnie, znów poddani jesteśmy zabiegom socjotechnicznym.

Po tym wszystkim, z pozoru jest nareszcie „normalnie”, zaczynamy tradycyjnie postrzegać przedstawiane nam postacie jako pozytywne i te drugie, z którymi nam nie po drodze; znów zwrot – dociera przykra prawda o nas samych. Czuje się w powietrzu najpierw zażenowanie, a później wszechogarniający wstyd i zarazem współczucie. Ten spektakl jest przesiąknięty empatią, czy zdecydowanie bardziej oddającym to co ja czułem, chrześcijańskim miłosierdziem. Zdecydowanie ten chrześcijański „wynalazek” jest kluczem do zrozumienia tego w czym bierzemy udział. Autorowi widowiska udało się zburzyć schemat podziału na nas – tych dobrych i „Onych” – tych złych. Wtedy dopiero rozlicza podły czas, w którym „jednostka niczym, jednostka bzdurą”. Jakże uczciwie postawił i rozwiązał problem ludzkich wyborów!

Powie ktoś – ja nie, co ten Grzesiek gada!!? Przecież ja się buntowałem, należałem, walczyłem! Piotr Szczerski, kierując w naszą stronę niewinne, ale stanowcze przypomnienia naszej ówczesnej codzienności; przypomina, że wszyscy byli w tym jakoś „umoczeni”. Owe „dobrowolne”, a tak powszechne czynności; udawane oddawanie czci komunistycznym bożkom; czy niewinny pozornie udział w ich rytuałach. Że je porzuciliśmy, że wielu na innym etapie swojego życia je przeżuło i wypluło z obrzydzeniem – fakt. Ale jednak było to w nas!! Jedna z postaci, mając co innego na uwadze, mówi o rzyganiu do obcych rzek. Więc my, żebyśmy nie wiem jak starali się rzygać do naszej rzeki, nie wydalimy do końca z siebie tych czasów; postaw i poglądów jakie niosły.

Piotr Szczerski i chwilami prowadzący nas „za rączkę” świetnie, zespołowo, grający aktorzy, zmuszają nas i siebie, do uderzenia się w piersi nie „Onych”, ale we własne. Jednocześnie pozwalają wybaczyć nie tylko osaczonym przez władzę poetom, ale także każdemu z nas z osobna.
Wreszcie nieuchronne pytania: kim dziś jest twórca? Kto i jak kształtuje opinię i jest dziś autorytetem? Czy są to artyści i czy spierają się o równie zasadnicze kwestie jak wtedy? 

W labiryncie teatralnych zakamarków, widz mija współcześnie ubranych ochroniarzy. Może demony przeszłości wciąż straszą? Może tak naprawdę zmienił się kostium, a nowe pokolenie ma własnego, równie groźnego demona?

W epoce galopu papki informacyjnej, wszechogarniających uproszczeń, wciąż szukamy w teatrze czegoś niepodrabialnego, swoistego dla tego miejsca. Owego antycznego katharsis. I kierowany mistrzowską ręką reżysera zespół, takie doznanie, w tym spektaklu, nam daje.