niedziela, 31 lipca 2016

To nie muzeum (Wywiad z dyrektorem Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach)

Agata Kulik
("Projektor" - 1/2016)
Z Michałem Kotańskim, reżyserem, autorem adaptacji „Dziejów grzechu” w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, a od listopada dyrektorem placówki – rozmawia Agata Kulik.

– Jest Pan reżyserem, dlaczego zdecydował się Pan zostać dyrektorem? Dlaczego wybrał Pan właśnie Kielce?
– Myślę, że jestem po prostu na takim etapie swojego życia, na którym to była dobra decyzja. Mam już doświadczenie pracy w różnych teatrach: od Narodowego Starego Teatru, po teatry w Warszawie oraz w średnich i małych ośrodkach. Wydaje mi się, że mam tę praktyczną wiedzę, która pomaga kierować teatrem i to jest akurat ten moment, kiedy mam na tyle siły, żeby się z tym wyzwaniem zmierzyć. Chcę sprawdzić, czy będę się w tym spełniał. Mam już wydeptane swoje teatralne ścieżki, wiem, czego się mogę spodziewać w wielu sytuacjach – a taka zmiana powoduje, że człowiek dostaje nowe życie, nową tożsamość. Jest sama w sobie ekscytująca. A dlaczego Kielce? Inicjatywa wyszła tak naprawdę ze strony teatru; to stąd przyszło zapytanie, czy nie chciałbym startować w konkursie. Tu dobrze pracowało mi się z zespołem, miałem doświadczenie z tą sceną.
– Czy nie boi się Pan, że praca dyrektora, nowe obowiązki, wpłyną na Pana pracę artystyczna jako reżysera?
– Trochę się boję po tych pierwszych dwóch tygodniach (śmiech), ale cały czas dostaję propozycje zrobienia jakiegoś spektaklu, więc myślę, że będę z nich korzystał. Są też przykłady dyrektorów, którzy reżyserują i wychodzą im obie te rzeczy. Mam nadzieję, że mnie też to się uda. Zresztą, żyjemy w świecie, który daje nam dużo możliwości, a co za tym idzie, wymaga od nas dużej elastyczności. To nie te czasy, kiedy było się przywiązanym do jednego zwodu. Trzeba korzystać z tego, co przynosi życie. Tak stało się ze mną w tym przypadku. W nieoczekiwany sposób, bo przecież jeszcze w czerwcu, po śmierci Piotra Szczerskiego, nie myślałem, że będę startował w konkursie na dyrektora tego teatru. Reasumując, mam nadzieję, że jest to do pogodzenia, a czy tak będzie – czas pokaże.
– Piotr Szczerski zaplanował Panu część sezonu teatralnego, a jak Pan sobie wyobraża repertuar tutaj w Kielcach? Wiadomo, że jest to jedyny tego typu teatr w województwie – czy jest to ograniczeniem, a może wręcz przeciwnie?
– Williamowi Gaskillowi po objęciu dyrekcji The Royal Court Theatre zadano pytanie o to, jaki ma program. Odpowiedział: program to ludzie. Oczywiście szukamy wyrazistych propozycji, które mówiąc jedynym wspólnym w dzisiejszych czasach językiem – zdobędą rynek. Teatry w Polsce radzą sobie z tym różnie. Ostatnio modne są na przykład programy tematyczne. Niestety jakoś tak się niezręcznie dzieje, że dosyć często skutkiem ubocznym ich realizacji okazuje się utrata widowni. Ambitne programy, budowane w oderwaniu od widza czy od miejsca, jak na razie częściej stają się dowodem resentymentu ich twórców, niż wizytówką teatru. Wydaje się, że w tej pracy, przede wszystkim ważne jest rozważne dobieranie ludzi, którzy będą tu tworzyć. Chciałbym pracować z artystami, co do których mam zaufanie i przekonanie, że mają coś wartościowego do powiedzenia, że mierzą się rzeczywiście z czymś dla nich istotnym. W drugiej kolejności dobierać z nimi tematy i teksty. Chciałbym wprowadzić też nowe działania teatralne, mam pewne plany, ale nie chcę ich zdradzać. Powiem o nich dopiero wówczas, kiedy będę wiedział, że uda się je zrealizować i że będą na nie pieniądze. W „Guardianie” czytałem niedawno artykuł o tym, jak tamtejsi dyrektorzy teatrów radzą sobie z docieraniem do nowej i zróżnicowanej publiczności. Jeden z dyrektorów podkreślił, że codziennie powinno się myśleć o tym, kogo zaprasza się do współpracy. To wydaje mi się ważne. Mniej ważne wydaje mi się obsługiwanie lokalnych resentymentów i realizacja programów, które nie mają przełożenia na to, co dzieje się wokół.
– Co Pan zmieni w kieleckim teatrze?
– Jest część rzeczy, które już zmieniam, ale to zmiany od kuchni i wolałbym, żeby tam pozostały. Na pewno chciałbym zająć się tak oczywistymi rzeczami, jak np. zmiana strony internetowej. Trzeba moim zdaniem, wejść również trochę intensywniej w nowe media, Internet, aby dotrzeć do młodej widowni, która ucieka z teatrów.
– A co się stało z kapeluszem Mrożka? Zniknął z foyer. To dla niektórych był relikt, dla niektórych relikwia. Nie bał się Pan go ruszać?
– Moim zdaniem było to potrzebne i odebrałem dużo pozytywnych sygnałów z tym związanych. Po prostu było oczekiwanie na zmiany, również te dotyczące kapelusza. A co się z nim stało? Prawdopodobnie jest na górze, w bibliotece. Potem podejmę decyzję, co z nim zrobić dalej. Wolałabym, żeby to był żywy teatr. Nie muzeum Mrożka czy Piotra Szczerskiego, tylko miejsce żywo reagujące na to, co jest wokół.
– Czy ma Pan swojego mistrza teatralnego?
– Wywodzę się z krakowskiej szkoły, w której byliśmy zderzani z pracą wielu mistrzów i ze skrajnie różnymi sposobami myślenia o teatrze. Z jednej strony był Krystian Lupa, zwracający uwagę na wrażliwość danej osoby, z drugiej strony był Bogdan Hussakowski, który zwracał uwagę na warsztat. Po latach widzę, że dużo nauczyłem się u Jerzego Golińskiego, Mikołaja Grabowskiego, Rudolfa Zioło, Tadeusza Bradeckiego, Jerzego Jarockiego, Andrzeja Seweryna. Miały też na mnie wpływ moje osobiste podróże po Europie i teatralne spotkania po studiach – zobaczyłem tam inne podejście do prób, do teatru. Myślę, że od każdego ze swoich nauczycieli brałem coś, co było dla mnie inspirujące w danym momencie; ale u każdego też widziałem pewne potknięcia, które są częścią procesu twórczego. Ja, jako reżyser, przeglądam się w tym.
 – Czyli, jednym słowem, bierze Pan od nich to, co najlepsze?
– Staram się.
– Patrząc na Pana spektakle można je podzielić na wczesną twórczość, w której dominowały dramaty współczesne Ravenhilla, Sali i obecną – kiedy Pan zwrócił się ku klasyce, a nawet formom epickim. Skąd wynika ten podział? Czy, zdaniem Pana, klasyka opisuje lepiej dzisiejszą rzeczywistość? A może jest bardziej pojemna?
– Pamiętam jak krytyk teatralny Grzegorz Niziołek zapytał się na początku mojej pracy w teatrze, kiedy będę robić klasykę. Powiedziałem mu, że muszę do tego dorosnąć. Mam wrażenie, że „Polaroidy” i dramaty, które wtedy realizowałem, nadal świetnie opisują rzeczywistość, może nawet lepiej teraz niż wtedy, kiedy dopiero wchodziliśmy w kapitalistyczną rzeczywistość, niewiele z niej jeszcze rozumiejąc. Natomiast w ostatnich latach odzywa się moja przekora. Od jakiegoś czasu są tematy, które zawłaszczyły polskie teatry, które stały się modne. Przypuszczam, że te teksty, które zacząłem wybierać, bardziej epickie i nazwijmy je „klasyczne” – są reakcją na to, że ja nie chcę biec razem z innymi w teatralnym wyścigu szczurów.
– Czyli boi się Pan „zaszufladkowania”?
– Nie myślę o tym w ten sposób. Zacząłem się chyba po prostu trochę nudzić w polskim teatrze. To znaczy, intelektualnie bywa on dla mnie ciekawy, ale coś, co jeszcze parę lat temu był odkrywcze i świeże – stało się martwą konwencją. Myślę, że moje wybory repertuarowe z ostatnich lat, to sposób poszukiwania swojego miejsca. Szukania poza eksperymentami, które stają się trochę jałowe, ucieczką przed radykalizmem, który jest tylko towarem na eksport, a nie wynikiem jakieś drogi artystycznej. Kiedy po raz kolejny widzę przekroczenie, które nie jest przekroczeniem, a wyobrażeniem o nim, to uciekam do takich autorów jak Molier, Tołstoj, Mann czy Żeromski.
– Dziękuję za rozmowę.