niedziela, 31 lipca 2016

Na prowincji bez zmian? („Szalbierz” György Spiró)

Agnieszka Kozłowska-Piasta
("Projektor" - 4/2016)
Czy możliwy jest idealny związek sztuki i polityki? Czy pełna widownia, a potem kasa idzie w parze z wartością artystyczną i przesłaniem dzieł sztuki? Te pytania artyści i krytycy zadają sobie od dawna i od dawna odpowiadają na nie w ten sam sposób – to mrzonka. Po prostu się tak nie da. Schlebianie czyimkolwiek gustom z jakichkolwiek przesłanek zawsze odbywa się ze szkodą dla sztuki, szkodą dla teatru, a co za tym idzie ze szkodą dla widzów. I o tym między innymi jest „Szalbierz” György Spiró w reżyserii Pawła Aignera, ostatnia premiera sezonu w Teatrze im. S. Żeromskiego. 

Fot. Wojciech Habdas
„Szalbierz” opowiada historię wizyty na prowincji Wojciecha Bogusławskiego. Ojciec teatralnej sceny narodowej – podstarzały i zmęczony życiem – ma zagrać „Świętoszka” Moliera w swoim tłumaczeniu. Łasy na kasę robi to dla pieniędzy. Liczy, że jeden występ pozwoli mu znacznie zmniejszyć zadłużenie, dlatego ostro renegocjuje warunki kontraktu, walcząc o podwyżkę. Równolegle opowiada prowincjonalnym aktorom o szczerości, prawdzie wypowiedzi scenicznej, uczciwości wobec widzów. Czy można pogodzić te dwie rzeczy? Bogusławskiemu się udaje, bo wzbudza zachwyt, posłuch i pełen podziw zespołu, z którym przyszło mu grać. Drobna intryga sprawia, że gwiazdor z Warszawy całkowicie zmienia wydźwięk spektaklu, manipulując zespołem. 

Aigner postanowił przenieść akcję sztuki do Kielc. To tutaj w prowincjonalnym teatrze, prowincjonalni i mało uzdolnieni aktorzy podziwiają mistrza Bogusławskiego, a za niesubordynację zostaje się zesłanym do pracy w Morawicy. Z drugiej strony moralitet o sztuce – dzięki scenografii i kostiumom Zofii de Ines pozbawiony został czasu. W akcie pierwszym aktorzy próbują we współczesnych strojach, szamocąc się pomiędzy mocno przestarzałą scenografią. W akcie drugim – historyczne, bogate kostiumy zestawiono z pustą, współczesną sceną, wzbogaconą jedynie o ogromny ekran. Można by zastanowić się, czemu służyć miał ten zabieg. Czyżby autor miał na myśli, że w Kielcach nic się nie zmienia od wieków? Że kielecka scena jest prowincjonalna, spektakle i aktorzy bez ambicji i umiejętności i nawet mistrz z tych drewien niewiele wykrzesze, a podlizywanie się władzy zabija wszelką sztukę i artyzm? A fe, panie reżyserze, na to, to można się już chyba na poważnie obrazić.

Gdy w latach 80-tych Spiró napisał „Szalbierza”, a wcześniej powieść „Iksowie”, poważnie naraził się władzom polskim. Odebrano mu stypendium, zakazano wjazdu do Polski i oskarżono o szarganie narodowych świętości, a nawet spisek antypolski. Zdaniem władz komunistycznych Spiró podważał polski patriotyzm, oczerniał polską historię. „Iksów” – jako komentarza do sytuacji politycznej w Polsce – nie wydano, a „Szalbierz” na premierę polską czekać musiał aż 7 lat. To zmaganie z cenzurą, próba przekazania innej niż oficjalna prawdy, obraz zniewolenia artystów, podporządkowanych reżimowi i nakazom politycznym wysuwały się wtedy na plan pierwszy.

W spektaklu Aignera nie brzmią one tak dobitnie. „Świętoszek” Moliera zmienia się dzięki manipulacjom Bogusławskiego, który robi to…, bo może. Jest jedyną prawdziwą postacią, otoczoną przez groteskowe, wynaturzone, przejaskrawione indywidua, jak wycięte z marnych kreskówek dla dzieci czy komiksów dla dorosłych. Nie potrafią grać, decydować, nie mają własnych poglądów, marzą jedynie o karierze, pozycji, pieniądzach i kąpaniu się w blasku przygasającej sławy Bogusławskiego. Przekonani o swojej wyższości i nadzwyczajności już dawno stracili kontakt z rzeczywistością, uwięzieni między codziennością a swoimi wyobrażeniami o niej i marzeniami, jak by tu ją poprawić. Damy wzdychają, mdleją, drżą i zachwycają się sobą, nie kryjąc niechęci do innych. Panowie jak koguciki walczą o pozycje pierwszych, najlepszych w stadzie, donosząc na siebie i podkładając sobie nogi. Między nimi miota się niewielki charakterem dyrektor teatru, dla którego występ Bogusławskiego to szansa na odbicie się od dna jakości, długów i pozycji społecznej i politycznej w mieście.

Ten kontrast doskonale rysuje się na scenie za sprawą mistrza ceremonii „Szalbierza”, czyli grającego rolę Bogusławskiego Pawła Sanakiewicza. Naturalny w zestawieniu z prowincjonalnym zespołem teatralnym jest jednocześnie niezwykle sztuczny, jakby wykreowany – jak celebryta pozujący na ściance. Pewny siebie, wie, co i jak powiedzieć, jak zapozować, gdzie stanąć i co zrobić, by ani na moment nie stracić swojego gwiazdorskiego wizerunku. To naprawdę niezła kreacja doświadczonego aktora, zresztą już nie pierwsza na deskach kieleckiej sceny. 

Mimo dobrych momentów i trafionych kreacji aktorów partnerujących Sanakiewiczowi: spięta jak agrafka Hrehorowiczowa Joanny Kasperek, kipiąca namiętnością Beata Pszeniczna, lizusowaty krytyk Artura Słabonia, nie trzymający pionu Skibiński Andrzeja Platy – „Szalbierz” pozostaje spektaklem nijakim, jakby nieprzyprawionym. Reżyser Paweł Aigner w „Gazecie Teatralnej” odżegnuje się od skandali, rozbieranek, prymitywizmu, wybierając nawias teatralny, formę, odrodzenie aluzji i komedię, ale taką ze śmiechem, a nie brechtem (nie mylić z Bertoldem). Założenia były więc konkretne. Cóż, kiedy w zrealizowanym spektaklu da się odczuć pewne niezdecydowanie reżysera, brak interpretacji tak wielowarstwowego i wieloznacznego tekstu. Nie jest to spektakl polityczny, nie jest to traktat o tożsamości i maskach, ani o umowności rzeczywistości teatralnej, nie jest to – mam nadzieję – opowieść o marności i kiepskiej kondycji teatrów z mniejszych miejscowości. Dbając o zadowolenie i komfort widowni, Aigner stworzył dzieło, które można dowolnie interpretować. Przy tym głębokim i rozległym morzu widzowie mogą czuć się trochę jak rozbitkowie bez koła ratunkowego. Ci, co potrafią pływać, pewnie do brzegu dopłyną i szybko o tym doświadczeniu zapomną. Inni uciekali z szalup już podczas przerwy.

PS. A co do brechtu (nie Brechta), niedzielna popremierowa publiczność zaśmiała się tylko przy Morawicy. Jak na komedię to chyba za mało.