sobota, 30 lipca 2016

Egzamin z Gombrowiczem ("Podróż - Kierunek - Teatr" 2014)

Bartłomiej Miernik
("Projektor" - 1/2015)
Siedemnastoletni Witold chodzi boso, czym powoduje sporą konsternację. No bo jak to tak – pyta Ojciec – jak jakiś parobek nasz Wituś chodzi? Rodzina szybko zamienia się w Komisję Egzaminacyjną. Ale nietypowy to egzamin, bo z niedojrzałości. Witold zdaje go na piątkę.

Fot. Łukasz Kulik
Rodzina przepoczwarza się następnie w komisję poborową. Ta za uchylanie się od wojska zsyła bohatera na kilkuletnią katorgę. Spośród wielu dynamicznych scen, świetna jest ta z Krysią. Zwiewny młodzieńczy flirt nie ma prawa zaistnieć, bo rówieśniczka Witka weszła gładko w sztafaż dorosłych ról, w zbiór norm. No, bo jakżeż na mecz tenisowy wychodzić tak boso – dziwi się dziewczyna. 

Narracja pierwszego aktu dramatu przerywana jest projekcjami, w których rodzina po raz kolejny się mutuje. Tym razem w dwór cesarski. Zabawnie zinterpretowano postać marszałka Piłsudskiego z trzeciego aktu. Jego przemówienie puszczono po prostu z nagrania.

Siedzę w małej salce Domu Kultury „Zameczek” (w Kielcach – finał projektu „Podróż – Kierunek – Teatr”), pośród kolegów grających, mocno zawyżam średnią wieku. Widzę, że ten bunt Witolda celnie trafia do licealistów tych na scenie i tych na krzesłach obok mnie. Dobry to wybór Michała Buszewicza i Magdy Helis-Rzepki, by z licealistami rozmawiać tym szkicem dramatu. Jest on bowiem najbardziej osobisty, najpełniej pokazujący autora – młodego człowieka, ucznia właśnie, z typową dezynwolturą traktującego wszelkie normy. Sporo też w „Historii” odniesień do innych, bardziej znanych utworów: „Operetki” i „Ślubu”. Dwór i zrzucanie formy z pierwszego, stosunki rodzinne z drugiego dramatu.

Buszewicz nie zmieniał przestrzeni, nie udawał, nie imitował ani salonu w dworku ani komnat w pałacu. Próbował wpisać tych młodych ludzi w pewną umowność sytuacji scenicznej. Postać charakteryzował jeden rekwizyt, zaś miejsce uczniowie tworzyli najczęściej z własnych ciał. Jak choćby stoliki podczas egzaminu, gdy trójka z nich klęczała z rękoma wspartymi o podłogę, a pozostali udawali, że siedzą przy tak zaimprowizowanych stanowiskach.

To krótkie, ledwie półgodzinne przedstawienie, cechowała bezczelność młodych ludzi w stosunku do mistrza Witolda. Typowe dla polskich scen jest przecież interpretowanie tego autora po literze tekstu. Głośne przedstawienia Mikołaja Grabowskiego, czy Waldemara Śmigasiewicza, czy nawet zrobiona dość formalnie „Iwona...” w Opolskim Teatrze Lalki i Aktora, cechowały dbałość o literę dramatu, nieznośna wierność autorowi. W tym warsztatowym pokazie odwrotnie: uczniowie bez pardonu cięli i zmieniali akcenty, wykorzystali film zupełnie zasadnie, zabawili się tekstem, narracją, przestrzenią. Obejrzałem ich „Historię'” z wielkim zaciekawieniem. Pozostał żal, że zaprezentowali jedynie szkic, efekt kilkudniowej pracy. Bo gdyby tak dać twórcom jeszcze z miesiąc, to wierzcie mi, obejrzelibyśmy, świetny, dynamiczny spektakl. A na razie, za tę kilkudniową pracę, wielkie brawa.