niedziela, 31 lipca 2016

Sens życia według Gęsi („A niech to gęś kopnie”, „W butach. Kot w butach”)

Agnieszka Kozłowska-Piasta
("Projektor" - 2/2016)
Fot. Bartek Warzecha
Po co się żyje? Czy to, co nam się przytrafia naprawdę ma sens? Czy można zrezygnować z siebie i swojej przyszłości? Takie pytania zadają sobie z pewnością – przynajmniej od czasu do czasu – wszyscy dorośli. Czy da się o tym ciekawie opowiedzieć dzieciom? To niełatwe zadanie postawiła sobie królowa polskiej dramaturgii dziecięcej Marta Guśniowska, tworząc „A niech to gęś kopnie”. Historia przypadła do gustu dyrektorowi Robertowi Drobniuchowi, który przeniósł opowieść na deski sceny teatru „Kubuś”.

Główną bohaterką, a raczej antybohaterką opowieści jest zniechęcona do życia, świata i własnej poetyckiej twórczości Gęś. Niezrozumiana przez kurzą resztę podwórka, pogrążona w samotności i czarnej rozpaczy, postanawia skończyć swój marny żywot i ofiarować się Lisowi na kolację. Ten – jak to u Guśniowskiej bywa – działa wbrew baśniowym i przyrodniczym schematom i Gęsi odmawia. Ta nie rezygnuje – gdy Lis zamyka jest drzwi, wchodzi oknem, a właściwie lodówką. Rudzielec, aby pozbyć się niechcianej towarzyszki, nie zostawia jej bez pomocy – razem z nią wędruje do Wilka, który podobno ochoczo zgadza się na takie propozycje, nawet wtedy, gdy kolacja zapowiada się chudo i żylasto.

Tekst skrzy się dowcipami i żartami, Guśniowska żongluje stereotypami, dowolnie je zmieniając i przekształcając. W tej wyjątkowo karkołomnej konwencji – w końcu mówimy o dowcipnej historii o depresji – doskonale sprawdzają się wszyscy aktorzy. Agata Sobota stworzyła kreację niezwykle dramatycznej w gestach, damulkowatej, ale upartej i odważnej Gęsi. Partneruje jej pocieszny, sympatyczny, trochę mało sprytny Lis Michała Olszewskiego. Niedźwiedź (Andrzej Kuba Sielski) jest elegantem popijającym herbatkę, Narrator (Błażej Twarowski) agresywnym „dziennikarzyną” szukającym na siłę sensacji, a Wydra (Beata Orłowska) ma w kontrakcie straszenie pasażerów, których przewozi na drugą stronę rzeki.

Co prawda nie wszystkie błyskotliwe dialogi są czytelne dla małych widzów, ale i oni nie nudzą się na spektaklu. Wszystko za sprawą dobrej, bogatej, niezwykle pomysłowej inscenizacji. Każda część spektaklu rozgrywana jest w innej konwencji teatralnej. Mamy więc teatr cieni, duże, małe średnie, wypukłe i płaskie lalki, mamy postaci zbudowane z kilku części, wielkie plansze pozwalające na dowolne przekładanie namagnesowanych części bohaterów oraz rekwizytów. Dekoracje zmieniają się błyskawicznie, podsycając zainteresowanie i ciekawość dziecięcej widowni. Autorką tej wyjątkowej scenografii jest Katarzyna Pielużek. Atmosferę podgrzewa także muzyka Sambora Dudzińskiego, doskonale komponująca się ze stroną plastyczną i dynamiką spektaklu.

„A niech to gęś kopnie” to sprawnie napisana i zrealizowana opowieść, która można polecić i małym i dużym. Ci pierwsi zachwycą się dynamiką, stroną plastyczną i muzyczną. Dorosłym przypomni, że sensu życia nie da się pożyczyć, trzeba odnaleźć go samodzielnie, a na dodatek czasami dzieje się to przez czysty przypadek.

Koci PR

Co zrobić, gdy zostaje się prawie pominiętym w spadku? Jak zdobyć szczęście i ustawić się w życiu? Zwykle bajki i baśnie pokazują szlachetnych, uczciwych bohaterów, którzy swoją odwagą i pracowitością „zarabiają” na nagrodę. Charles Perrault w klasycznej baśni pokazuje, że cel da się osiągnąć inaczej. Wystarczy ekstrawagancki i gadający kot, który na dodatek chodzi w butach i jego spryt, skłonność do konfabulacji oraz umiłowanie do oszustw. 

Tę właśnie – niejednoznaczną edukacyjnie – baśń o kocie w butach wystawił na deskach teatru „Kubuś” Piotr Ziniewicz. Reżyser i autor tekstu ubrał opowieść we współczesny kostium – aktorzy mówią zgrabnym, rymowanym napisanym przez Ziniewicza tekstem, a miejscem akcji jest śmietnisko jakiejś metropolii, a nie baśniowa kraina. Kotu daleko do bajkowego zwierzątka w czerwonych butach z cholewkami. Jest przystojnym, postawnym elegancikiem w garniturze w panterkę, skrywającym gołą klatę i przypomina agenta służb specjalnych 007 Jamesa Bonda. Co prawda na nogach ma zużyte trampki swojego pana Janka, ale kto dostrzeże takie szczegóły, zauroczony kocią pewnością siebie i wrodzonym czarem. Na dodatek tak wspaniale dba o wizerunek swojego właściciela. Grający tę rolę Zdzisław Reczyński doskonale oddał charakter i postawę tego agenturalnego kocura.

Nic dziwnego, że kot jest taki, skoro musi umieć poruszać się w miejskiej dżungli, w której dostępu do króla (Andrzej Skorodzień), obwieszonego symbolami cwaniactwa i tandety, czyli złotymi łańcuchami, bronią agenci ochrony w czarnych okularach i garniturach (Ewa Lubacz i Jolanta Kęćko). Gdzie królowa mdleje lub je zbyt dużo (Małgorzata Oracz), a jej córka, królewna Klaudynka (Magdalena Daniel) nie rozstaje się ze smartfonem i robi selfie w każdych okolicznościach, podkreślając przy okazji swą ważną pozycję na portalach społecznościowych. Gdzie ucztę robi się przy grillu, zamiast karocą podróżuje się samochodem, zboże kosi nie kosą, a ogrodowymi kosiarkami do trawy. W takim środowisku zwykły kot z bajki nie dałby rady.

Na przeciwległym biegunie do tego pustego, tandetnego, plastikowego świata pozostaje właściciel kota Janek (Błażej Twarowski). Szlachetny i niezaradny, aż do bólu, czeka gdzieś pomiędzy miejskimi śmietnikami, aż kot zrealizuje swój plan. Nie ma nic do powiedzenia i nie potrafi o siebie zadbać. Nawet złowioną przez kota rybę kradnie mu okrutny i przerażający Czarnoksiężnik. Gdy koci agent doprowadza plan do końca nawet wtedy Janek nie potrafi głośno zaprotestować, że metody zdobycia bogactwa, ręki królewny i zachwytu króla są nie do końca uczciwe. Zostaje zakrzyczany, poddaje się jak zwykle, bez walki i płynie na fali zrobionego przez kota solidnego PR-u. 

„W butach. Kot w butach” ma niewątpliwe walory inscenizacyjne. Spektakl toczy się wartko, akcja wzbudza zachwyt dziecięcej widowni dodatkowo wciąganej do tańców, udziału w plebiscycie na popularność mleka, pomocy w złapaniu kuropatwy – prezentu dla króla. Bondowskie klimaty doskonale podkreśla także muzyka skomponowana przez Sebastiana Kalińskiego, który zręcznie wplótł w linię melodyczną fragmenty największych przebojów z filmów o agencie 007.

Wątpliwości budzi jednak przesłanie opowieści. Co prawda kot rozprawił się ze złym czarownikiem, który terroryzował okolicę, ale zrobił to jakby mimochodem, tylko po to, aby osiągnąć zakładany przez siebie cel – zdobyć zamek dla swojego pana. Co prawda Janek protestuje przeciwko kocim krętactwom, ale niezbyt energicznie. Na dodatek agentki przekonują dziecięcą publiczność, że przecież dzięki kłamstwom kota stało się wiele dobrego. Czy „W butach. Kot w butach” to pochwała oszustw i nieuczciwości? A może próba pokazania, że współczesne bycie na świeczniku nie może się bez nich obejść? Obawiam się jednak, że młodym widzom będzie trudno go odczytać. Przecież często to właśnie dla nich „bycie znanym i bogatym” jest jednym z najskrytszych marzeń, bo tak trudno odróżnić im prawdziwą wartość i zalety od celebryckiego blichtru. Na szczęście mroki kociego PR mogą pomóc rozjaśnić rodzice. Ale tylko pod warunkiem, że sami nie popierają panoszącego się współcześnie cwaniactwa.