niedziela, 31 lipca 2016

Płyn Lugola czyli niesmaczna wojna („Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” Swietłany Aleksijewicz)


Agata Kulik
("Projektor" - 4/2016)
Dyrektor kieleckiego Teatru im. Stefana Żeromskiego, w grudniu ubiegłego roku, podpisał z krakowską PWST umowę, w ramach której studenci wydziału reżyserii będą wystawiać swoje inscenizacje na kieleckiej scenie. Pierwszym owocem tej współpracy jest przedstawienie „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” na podstawie książki Swietłany Aleksijewicz, w reżyserii Elżbiety Depty, studentki czwartego roku.

Spektakl zaczyna się już w foyer. Zgromadzona publiczność może obejrzeć na ekranach wywiady z młodymi kobietami służącymi w armii. Prezentują one odmienne stanowiska. Jedna z nich wystąpiła z armii by walczyć o pokój. Druga uważa, że wojsko to dobre miejsce dla kobiet, bo mają one zalety przydatne w boju, których nie posiadają mężczyźni. Rozmowy w foyer cichną, gdy ze schodów schodzi Joanna Kasperek. Wygląda niczym gwiazda filmowa, krocząc po czerwonym dywanie w krwistoczerwonej sukni i pyta widzów czy mają w domu płyn Lugola i inne leki potrzebne na wypadek wojny, czy zabijaliby, czy może raczej uciekali, pyta – zmuszając do refleksji.

Tak, ja mam w domu płyn Lugola, ale nie trzymam go na wypadek wojny, tylko w celach czysto zdrowotnych, pijąc parę kropel dziennie. Mogę was zapewnić (jeśli nie znacie tego smaku) jest ohydny! Smakuje jak stary ebonit z gorzkim, cierpkim posmakiem. 

Tak jak płyn Lugola, niesmaczna jest wojna i to stara się pokazać reżyserka. Z tekstów Swietłany Aleksijewicz stwarza ona uniwersalną opowieść, którą możemy sobie dowolnie odpasować do jakiegokolwiek konfliktu zbrojnego. Historie wybrane, spośród spisanych przez noblistkę, są skrajnie drastyczne, nie ma tu miejsca na „owijanie w bawełnę”, jest pokazany czysty brutalizm i przyziemna strona wojny, nie ma epatowania patosem. Jednocześnie wojna jest pokazana z czysto kobiecego punktu widzenia, gdzie wydawałoby się z pozoru nieistotne szczegóły mają kolosalne znaczenie.

Moim zdaniem jedna z bardziej przejmujących scen, to ta, w której żołnierki (Dagna Dywicka, Magda Grąziowska i studiująca jeszcze w Krakowskiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej Anna Antoniewicz) niszczą laleczki Barbie, wyrywając im po kolei nogi, ręce, głowy i wrzucając jak niepotrzebne śmieci. Tu nie ma sentymentów, wojna nie jest piękna i nie ma tu miejsca na jakąkolwiek litość, zarówno w stosunku do wroga, jak i nawet (a może przede wszystkim) do samego siebie.

Elżbieta Depta w swojej inscenizacji wykorzystuje znane z kultury popularnej piosenki, które przeplatają – w musicalowym stylu – opowieści dziewczyn. Aranżacje tych utworów zostały znakomicie wykonane przez aktorki – naprawdę warto ich posłuchać. 

„Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” to dobrze zagrany spektakl. Zwłaszcza na wyróżnienie zasługuje tu Magda Grąziowska. Siedząc blisko, można było zobaczyć prawdziwe łzy w jej oczach, prawdziwe emocje. Dodatkowo bardzo pasowała wizualnie do swojej roli (niczym Marusia z „Czterech pancernych i psa”).

Świetna scenografia Agaty Andrusyszyn, studentki V roku scenografii w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Sterylna, biała, niczym laboratorium/sala szpitala, gdzie na czynniki pierwsze rozbiera się ból wojny.

Moim zdaniem jednak reżyserce nie do końca udaje się pokazać obiektywnie (tak jak obiecuje w swoich wywiadach), że wojna nie tylko nie jest dla kobiet, ale nie jest dla nikogo. Taka właśnie powinna być teza tego spektaklu i tego mi trochę zbrakło. Mężczyźni w tej realizacji są pokazani dość jednoznacznie, a wydaje mi się ze zwłaszcza w dzisiejszych czasach są na równi skazani na odczłowieczenie w wojsku. I często wymaga się od nich tego kulturowo. Nie chce tu nikogo bronić, uprzedzając feministyczne komentarze, a jedynie powiedzieć, że wojna nie ma w sobie nic z człowieka, bez względu na płeć. Mimo to spektakl polecam. Zwłaszcza, że dotyka on, wydaje się (niestety), całkiem aktualnych problemów. W dobie rasowych nienawiści, podziałów i terroryzmu.