sobota, 30 lipca 2016

Nie papierowe uczucia („Kukuryku na patyku, czyli o dwóch takich”)

Agnieszka Kozłowska-Piasta

("Projektor" - 4/2014)

Duzi wiedzą, co znaczy mieć dobrego przyjaciela. Często – niestety – wiedzą także, co dzieje się, gdy przyjaciel zdradzi, oszuka czy odejdzie. Mali na tę wiedzę muszą poczekać. Choć szkolne znajomości często przetrwają wiele lat, to codzienność tych przyjaźni jest czasami bardzo burzliwa. 

Fot. Bartek Warzecha
– Już jej nie lubię. Teraz siedzę z Zuzią, Marysią, Jankiem. Bo ona powiedziała… – takie relacje ze szkolnych ław rodzice słyszą dosyć często. Równie często i szybko okazuje się, że to już nieaktualne. Najnowsza i ostatnia premiera sezonu w kieleckim teatrze Kubuś „Kukuryku na patyku, czyli o dwóch takich” pozwala małym widzom popatrzeć z boku na taką dobrą, lecz burzliwą znajomość.

W iście europejskiej sztuce, bo napisanej przez Niemca Paula Maara, wyreżyserowanej przez Węgra Andrása Veresa, a zagranej przez kieleckich aktorów, nie ma fajerwerków. Kameralny nastrój – tylko trzech aktorów, skromna, choć niezwykle pobudzająca wyobraźnię scenografia – ściana brązowych kartonowych pudeł i pudełek – trochę ryzykownie, jak na współczesną nieletnią widownię. 

Cała opowieść to rozmowy dwójki ciekawych, trochę nierzeczywistych bohaterów – Kminka i Dezyderiusza. Nie wiemy dobrze kim są – klaunami, małymi zagubionymi w magazynie chłopcami, duszkami, stworkami czy może bezdomnymi mieszkającymi w dwóch ogromnych kartonach. Dezyderiusz (w tej roli Zdzisław Reczyński) jest zasadniczy, porządnicki, zarozumiały i przekonany o swojej wyższości nad Kminkiem (Małgorzata Sielska). Kmin to mały spryciarz, może nieco mniej rozgarnięty, ale za to z bujną i niczym nieograniczoną wyobraźnią. Obaj spędzają dnie na dziwnych zabawach, przepychankach i niestety – wzajemnym ubliżaniu sobie. Są dla siebie świniami, wielbłądami, krokodylami, obrażają się na siebie, co chwilę, ale widać, że bez siebie żyć nie mogą. Paplają jak najęci i wszędzie ich pełno.

Ich wzajemna symbioza ulega zakłóceniu, gdy na sceną wkracza obcy przybysz – ni to żołnierz, ni to robot (Andrzej Matysiak). Ma coś, czego nie mają nasi chłopcy – bęben zrobiony z pustej beczki i na dodatek potrafi maszerować. Chłopcy prześcigają się w pomysłach, jak przypodobać się obcemu, a ten doskonale wie, jak ich podejść. Każdemu z nich mówi dokładnie to, co chcą usłyszeć. Mami i kusi, buntując Kminka i Dezyderiusza przeciwko sobie. Obaj dostają to, o czym marzą – beczkowy bęben i darmowe lekcje maszerowania. Płacą jednak za to wysoką cenę. Dobosz jest zwykłym złodziejem, który wykorzystując ich niesnaski, kradnie im dwa wspaniałe kartony-skrzynie – ich mieszkania. Na szczęście – dzięki przyjaźni – Kminek i Dezyderiusz znajdują wyjście i z tej sytuacji, a Dobosz już nigdy im nie zagrozi.

Przedstawienie dzieje się w planie aktorskim. Sztuka nie oszałamia grą świateł, nowoczesną muzyką czy magicznymi teatralnymi sztuczkami, a opiera się jedynie na dialogach, więc to na aktorach spoczywa najtrudniejsze zadanie i trzeba przyznać, że naprawdę nieźle poradzili sobie z tym zadaniem. 

Bo jak inaczej opowiedzieć dzieciom o meandrach uczuć, kolorach sympatii, nastrojach i emocjach? A temu właśnie dedykowane jest „Kukuryku”. Tu nie ma miłości po grób, jednowymiarowej szlachetności, niewinności czy zła. Kminek i Dezyderiusz paplają jak najęci, obrażają się i przepraszają, są na siebie źli, wkurzeni, zazdrośni. Gdy odkryją oszustwo Dobosza – jest im przykro, źle, mają wyrzuty sumienia i przepraszają się nawzajem. Wydawałoby się, że wychowane w kulturze obrazkowej dzieciaki znudzą się tą ciągłą gadaniną. Tak jednak nie jest. Z uwagą śledzą przepychanki bohaterów, a co lepsze powiedzonka – jak moi ośmiolatkowie – powtarzają do znudzenia długo po wyjściu z teatru. Czy wyciągną wnioski, że nie warto się czubić i że razem zawsze raźniej? Miejmy nadzieję, że tak.